Wiem, gdzie rano na kawę, gdzie na dobrego kebsa, gdzie po świeże warzywa. Czuję się tu jak ryba w wodzie, choć czasem bardziej z powodu braku głosu niż poczucia szczęścia. Na ogół jednak dosyć mi komfortowo w tym dyskomforcie. A jednak co roku, gdy przychodzi listopad, coś we mnie pęka.
Listopad w Berlinie nie wybacza. Niebo zaciąga się szarą, ołowianą szmatą, która wisi tak nisko, że niemal dotyka wieży telewizyjnej na Alexanderplatz. Niemcy dookoła wciągają na głowy czapki, włączają tryb pragmatycznego przetrwania i zaczynają odliczać dni do pierwszego grzanego wina na Weihnachtsmarkcie. A we mnie? We mnie nagle włącza się ten cichy, polski melancholijny tryb, o którym na co dzień – w pędzie za terminami – zupełnie zapominam.
Poczułam, że zbliża się listopad na tym spotkaniu z Matthiasem Kneipem. Szłam nastawiona sceptycznie, ale gdzieś w drodze na trzecie pięto, na którym znajduje się biblioteka, dopadło mnie to uczucie. Słuchałam anegdotek autora, siedząc w ścisku wśród Polaków i Niemców, i nagle złapałam się na tym, że zamiast robić notatki, gapię się w okno i wspominam. Kiedy Kneip opowiadał ze sceny o polskim słowie „trudno”, widownia rżała ze śmiechu. Ja natomiast starałam się powstrzymać narastające pod powiekami dziwne pieczenie.
Przypomniałam sobie, jak dziesięć lat temu przyjechałam do tego miasta. Przesiąknięta polskim „jakoś to będzie”, zrezygnowana i jednocześnie gotowa przenosić góry. Wydawało mi się, że Berlin to portal do innego, ciekawszego świata. Uczyłam się berlińskiego życia chciwie i szybko. Przełamywałam bariery językowe, wymieniałam polskie wahanie na tutejszą stanowczość i uczyłam się walczyć o swoje i pisać Beschwerde. Szło mi całkiem nieźle, jednak dziś po ponad dziesięciu latach, dla swoich niemieckich sąsiadów wciąż jestem tą „sympatyczną Polką”, która choć nie z perfekcyjnym akcentem, do każdej rozmowy wnosi pewną dozę oversharingu. Znacie to uczucie?
Ten stan, w którym niemieckie „Entschuldigung” mimo szczerych chęci nie brzmi w twoich ustach autentycznie, a o wiele bliższe sercu pozostaje niecenzuralne, swojskie słowo na „k”, które potrafi w jednym wydechu pomieścić cały wszechświat frustracji i ulgi? Ten stan, kiedy wiecie, że macie rację, ale zamiast pisać zimne, formalne Beschwerde do zarządcy budynku, wolicie wyżalić się przyjaciółce przy lampce wina? Kiedy ta wrodzona, polska natura narzekacza zmusza Was do znalezienia choćby małego powodu do niezadowolenia na proste, kurtuazyjne pytanie: „Jak leci?” – bo przecież odpowiedzieć „świetnie” to niemal zapeszyć?
Polska dała mi wszystko, co we mnie dobre: nieszablonowe myślenie, empatię, gościnność i ten niesamowity, żywiołowy gen przetrwania. Dała mi też wszystko, co we mnie złe: wieczny niepokój, zamartwianie się na zapas, nieufność i trudną do wykorzenienia melancholię. I gdy tak siedziałam w ten listopadowy wieczór w berlińskiej bibliotece na Steglitz, słuchając anegdot Kneipa o polskich opłatkach, niekończących się obiadach i skomplikowanych przypadkach gramatycznych, zadałam sobie to jedno, nawracające pytanie: po co mi to wszystko? Po co co roku na nowo rozdrapuję te tożsamościowe strupy, zamiast po prostu wtopić się w berliński tłum, kupić nową czapkę i biernie czekać na otwierające się wkrótce jarmarki bożonarodzeniowe?
Chyba po to, żeby w tym berlińskim pędzie nie zgubić siebie. Żyjąc tutaj od ponad dziesięciu lat, szczerze nauczyłam się cenić tutejszy ład, przewidywalność, brak wścibskości i ogromną przestrzeń do bycia po prostu sobą. Berlin dał mi wolność i bezpieczeństwo. Ale to polska nieprzewidywalność, nasza porywczość, czuły absurd grzeją mnie w te dżdżyste listopadowe wieczory. Prawda jest taka, że można płynnie funkcjonować w dwóch językach, kochać poranki na Kreuzbergu, ale i tęsknić okrutnie za czymś innym. I choćby nie wiem jak szaro było za oknem mojej berlińskiej kamienicy, wiem jedno: to ogromny przywilej móc mieć dziś dwa domy. Ale jeszcze większym jest wiedzieć bez cienia wątpliwości, z którego z nich wyniosło się duszę.
Anna Burek

