bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Magdalena Parys: Berlin mnie denerwuje, ale to moje miasto

Kocham Warszawę i kocham Gdańsk. Chciałabym zrozumieć Polskę lepiej, ale zawsze będę wracała do Berlina, bo to moje miasto – mówi Magdalena Parys w rozmowie z COSMO po polsku. W Polsce ukazała się najnowsza książka pisarki „Floren”, a w Niemczech niemieckie wydanie głośnego „Księcia”.

Monika Sędzierska:  W studiu COSMO po polsku gościmy Magdalenę Parys. Gdańszczankę z urodzenia, Berliniankę z wyboru, a przede wszystkim jedną z najciekawszych pisarek polsko-niemieckich, która z chirurgiczną precyzją prześwietla niemiecką duszę i historię. Cześć, Magdo

Magdalena Parys: Cześć, Moniko

Jakie pytanie chciałabyś usłyszeć w historycznym budynku Rundfunk Berlin- Brandenburg, gdzie mieści się nasza rozgłośnia? Masz może pytanie, którego jeszcze nikt Ci nie zadał?

Owszem. Nikt mi nie zadał pytania o Dagmarę Bosch. Mam pełno pytań o męskich  protagonistów w berlińskiej trylogii, ale rzadko kto pyta  o Dagmarę, bo sprawia ona wrażenie osoby, która zawsze sobie poradzi, wszędzie się odnajdzie.

Może przypomnijmy: Dagmara Bosch jest dziennikarką, która nie boi się wchodzić tam, gdzie inni wolą nie zaglądać. Pojawiła się we wszystkich częściach Twojej berlińskiej trylogii i podobnie jak Ty łączy w sobie perspektywę polską i niemiecką. W jaki sposób polsko-niemieckie, podwójne spojrzenie Dagmary pomaga Ci w ukazywaniu skomplikowanych tematów?

Niesamowicie mi to ułatwia, tylko że w procesie pisania nie zastanawiam się nad tym.  To przychodzi automatycznie. Kiedy się pisze, nie ma żadnych hamulców. Nie zastanawiam się, czy piszę z perspektywy polskiej czy niemieckiej. 

Wtedy jest wszystko razem. Wszystko, czego się nauczyłam, co doświadczyłam, co zrozumiałam, wpływa na książkę.  Dagmarze pozwalam więc na wszystko, co najprawdopodobniej normalnie nie byłoby tak szybko możliwe. 

Dagmara tworzy więc sobie studio na Tempelhof w starym, fabrycznym budynku i bierze z „Hali odlotów”  wszystko to, co mi się w tym programie telewizyjnym w Polsce podobało: wielkie przestrzenie, cegłę, która była w tle. Mieszam niemieckie komponenty z polskimi i czasem sobie myślę, że ona żyje w takim kraju, które sobie sama stworzyła, którym są Polsko-Niemcy.

Trudno się było z tobą umówić, bo w Polsce premierę ma „Floren”, a w Niemczech  wydano „Księcia”. Udzialasz wywiadów i w Niemczech i w Polsce. Czy jesteś inną Magdą, idąc na wywiad na przykład do Trójki czy do Gazety Wyborczej, a inną w Berlinie, kiedy na przykład spotykasz się z dziennikarzem Berliner Morgenpost?

Jestem tą samą Magdą Parys, ale kiedy daję wywiad po niemiecku, jestem bardziej rzeczowa, bardziej sfokusowana na danej tematyce.

Czy zdarza się, że po jakimś wywiadzie w Polsce czy wystąpieniu publicznym wracasz do Berlina z myślą, że jednak jesteś tam mniej rozumiana niż w Niemczech, albo może odwrotnie? 

Myślałam, że już coś takiego mi się nie zdarza, ale ostatnio zadano mi pytanie, które wbiło mnie w krzesło i sprawiło, że mam zupełnie nową odpowiedź na stare pytanie. Otóż zadano mi pytanie, czy często byłam szykanowana jako Polka w Niemczech, ja, która mieszkam tu 41 lat. Pomyślałam sobie wtedy, jak bardzo nakarmiono nas i my sami nakarmiliśmy się naszym algorytmem, który podsuwa nam wygodne pytania, wygodne odpowiedzi i wygodny światopogląd. I sprawia, że żyjemy w bańce, że zupełnie straciliśmy z oczu to, że stereotypy o nas Polakach czy o obcokrajowcach wciąż żyją w tym społeczeństwie, i to wcale nie wśród starszych roczników, tylko tak zwanych rdzennych Niemców i że można się zapytać kogoś takiego jak ja, czy się tutaj czułam i czuję szykanowana. W Berlinie skończyłam wszystkie możliwe szkoły. Tutaj się urodziły moje dzieci, napisałam książki o ich mieście i o ich kraju, który znam lepiej niż Polskę, a oni pytają, czy jestem szykanowana. 

Później zadałam sobie pytanie, dlaczego się tak denerwuję w związku z tym pytaniem, skoro już niejednokrotnie było mi zadawane. I odpowiedziałam sobie: dlatego, że świat się zmienił i my się zmieniliśmy i mamy nową pewność siebie. 

Niemcy się zmieniły tak bardzo przez ostatnie 40 lat, że zadanie takiego pytania komuś, kto mieszka tak długo w takim mieście jak Berlin, jest nie na miejscu. Bo Berlin już nie narzuca sobie multikulti. To jest fakt. Tu są wszyscy przyjezdni. To jest syndrom tego miasta. To jest jego przekleństwo. To jest jego szczęście. Coś, co sprawia, że on się tworzy i coś, co sprawia, że się niszczy.

Ja też mam już zupełnie inną pewność siebie i musiałam się bardzo powstrzymać, żeby nie zacząć mówić trochę głośniejszym tonem i nie zapytać, jak się czuje w Berlinie ten dziennikarz, który przyjechał tutaj z dalekiego zachodu i mieszka tu dopiero 15 lat. Mogę mu parę rzeczy wytłumaczyć, mogę go oprowadzić i przedstawić mu parę rzeczy i też się go o to zapytałam.

Jesteś tu u siebie w Berlinie?

Tak, tak jak nigdzie indziej. Dzisiaj już to wiem. Kocham Warszawę i kocham Gdańsk. Wracam do tych miejsc. Bardzo chętnie pomieszkałabym w Warszawie, chciałabym poznać lepiej jej historię, zrozumieć lepiej Polskę, w której nigdy nie zdążyłam tak na dobre pomieszkać. Wiem jednak, że zostałabym tam dwa, trzy miesiące, o ile w ogóle dałabym radę, ale zawsze będę wracała do Berlina, jakkolwiek by mnie nie denerwowało to miasto, jest moje i się stąd nie wyrwę. Próbowałam już tyle razy i zawsze tu wracam.

Powiedziałaś, że od ponad 40 lat mieszkasz w Berlinie, jednak konsekwentnie piszesz po polsku. Jak to jest w niemieckiej przestrzeni publicznej, czy jesteś tutaj rozpoznawana jako berlińska pisarka czy przez to, że piszesz po polsku jako polska autorka pisząca w Berlinie?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Miałam przez wiele lat mnóstwo zaproszeń z Niemiec zachodnich czy wschodnich, ale nie jeździłam na nie, ponieważ moje książki nie były tłumaczone na niemiecki. Było zapotrzebowanie: bibliotekarki i bibliotekarze zapraszali mnie, ponieważ widzieli, jak zaczytane było pierwsze wydanie „Magika” po niemiecku i ile było wypożyczeń. 

Sama byłam wstrząśnięta, widząc w berlińskiej bibliotece na Pankow, że „Magik”  sprzed 8 lat rozpadał się w rękach, więc z jednej strony myślę sobie: OK, widzę, że jest zainteresowanie wśród czytelników, ale nie chcę za nich odpowiadać. 

W ostatnim półroczu na moim Facebooku przybyło 10 tysięcy obserwujących. Trudno mi powiedzieć, czy to jest odpowiedź na pytanie, jaką jestem pisarką? Kto mnie uważa za swoją pisarkę, Polak czy Berlińczyk? Wydaje mi się, że może w tej chwili bardziej Polak, któremu przedstawiam Niemcy w dostępny sposób. Polacy mi ufają mi, bo jestem Polką, tak jakby ich wysłanniczką, a piszę o Berlinie tak, jakbym była Berlinianką, Niemką.

Natomiast z drugiej strony, kiedy jestem na spotkaniach, ostatnio coraz liczniej i coraz częściej widzę, ile Berlińczyków mnie zna. Kiedy idę na przykład na koncert do Filharmonii, to podchodzi do mnie mnóstwo ludzi i mówi: Dzień dobry, pani Magdaleno. Jest to szalenie przyjemne, bo przeważnie dotyczy to młodych ludzi. 

Ostatnio się spotkałam z ludźmi, którzy mi opowiadali, że przyjechali do Berlina, dlatego, że przez lata czytali moje felietony w „Wysokich Obcasach” . Spotkałam w ostatnich latach pięcioro młodych osób, które odważyły się przyjechać do Niemiec i spróbować życia tutaj, ponieważ zachęciła ich do tego moja publicystyka. To wzruszające, bo znaczy, że możemy zmieniać świat piórem i pisaniem.

Czy już możemy zdradzić, że dostałaś mega propozycję od pewnego dużego niemieckiego wydawnictwa?

Tak, dostałam propozycję od wydawnictwa Suhrkamp i za chwilę zaczynam pisanie książki po niemiecku. Nie chcę zdradzać zbyt zbyt wiele o czym, co i jak, ale bardzo się cieszę, ponieważ ułatwi mi to niezwykle pisanie. Do tej pory było tak, że wiele dialogów, które pisałam i które później znalazły się w trylogii berlińskiej, powstawało w języku niemieckim, ponieważ czuję tych bohaterów, oni mówią swoim berlińskim  językiem. Później trzeba to było tłumaczyć na polski, a potem znów na niemiecki. Szalona praca.

Poza tym wszystkie źródła, z których korzystam, są przecież źródłami niemieckimi. Wszystko tu się dzieje po niemiecku. 

Czyli proces twórczy będzie łatwiejszy teraz dla Ciebie? 

To dla mnie zawsze trudne, bo mam tysiące pomysłów, miliony wątków, a w mojej głowie jest przynajmniej dziesięć książek. Zresztą zacznijmy od tego, że mój obecny wydawca przeczytał „Magika” dzięki austriackiemu wydawcy, który wydał go w ubiegłym roku, czyli reaktywował po latach, a teraz wydał „Księcia” i dzięki temu niemieccy wydawcy mogli się o mnie dowiedzieć, bo wcześniej o mnie nie słyszeli. 

Teraz niemieckie wydawnictwa pojawiają się i pytają: Gdzie pani była przez ostatnie 20 lat? Jeden z wydawców niemieckich ostatnio mi powiedział: „Wszystkie kraje otoczyły Niemcy, wydając „Magika”, wydając „Księcia”,  wydając „Tunel”, a jedynym opornym krajem okazały się Niemcy i dopiero przez Austriaka dotarło to do Niemiec”.

Byłaś za blisko?

Może zdecydowało to, że byłam za blisko, może to, że jestem kobietą. Myślę, że zadziałało wiele spraw,  ale przede wszystkim chyba narracja: jak to jest możliwe, że Polka, kobieta, która co prawda długo mieszka w Berlinie, będzie opowiadała historię Niemiec i znała ją lepiej niż Niemcy. No coś się tutaj nie zgadza. 

Floren domyka trylogię berlińską. Czy to znaczy, że wychodzisz literacko z Berlina?

Już we „Florenie” i w każdej z tych książek było tak, że Berlin był trampoliną, odskocznią dla wszystkich moich bohaterów, którzy wędrowali po całej Europie i po całym świecie. We „Florenie” doszło do kulminacji absolutnej, bo oni są i w Wenecji i na Majorce i w Waszyngtonie. Tam nie ma żadnych granic.

Czyli nie chcesz nam nic zdradzić o nowej książce, którą piszesz po niemiecku?

Nie mogę, ale mogę powiedzieć, że na pewno napiszę czwartą część trylogii berlińskiej, dlatego, że widzę zainteresowanie czytelników, widzę, jak oni tym żyją, jak ich interesują losy moich bohaterów. I pomyślałam sobie: kurczę, ten jeden raz przeciwstawię się  pomysłom moich protagonistów, tylko coś dla nich wymyślę i tym razem zadziałają sobie w Polsce. Tylko muszę trochę od nich odpocząć.  

Jak dzisiaj patrzysz na ten projekt? Czy trylogia to bardziej opowieść o  konkretnych bohaterach czy raczej o stanie Europy, Berlina, Polski.

Na pewno jedna rzecz była dla mnie ważna: w każdej książce chciałam opowiedzieć o II wojnie światowej, nie tak dydaktycznie jak w szkole, nie przez liczby, tylko przez konkretne przypadki ludzi.

W każdej książce miałam jakiegoś esesmana, który chcąc nie chcąc doprowadzał mnie do szału i nie pozwalał zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Nawet jeśli padało tam tylko jedno jedyne zdanie o nim, to był osią, wokół której budowałam całą historię, żeby opowiedzieć przeszłość naszego kontynentu. 

Dla wielu czytelników najważniejsza będzie akcja, pościg, ale dla mnie jako dla pisarki zawsze najważniejsze będą wątki poboczne: co przeżywa Kowalski, kiedy rozstaje się z żoną czy ze swoją partnerką, co się dzieje w dziecku, które traci oparcie w rodzicach, dlaczego szuka oparcia w swoim misiu? Co się dzieje z ludźmi, których ojciec był gestapowcem, co się dzieje z dziećmi, które trafiają do internatu katolickiego?

To są rzeczy, które mnie interesują, które chcę opowiedzieć i gdzie mam możliwość,  wypowiedzenia się. 

Chciałabym na koniec wylądować w Berlinie, bo to miasto w Twoich książkach jest bohaterem samym w sobie, chociaż dzisiaj ma złą prasę i wywołuje skrajne emocje. Od takich, że to miasto upadłe, że stąd się trzeba wynosić po takie, że w rankingach zdobył wysokie miejsce jako jedna z najszczęśliwszych stolic na świecie. Jaka jest dzisiaj twoja relacja z Berlinem? 

Bardzo napięta. Wściekam się, wiele rzeczy mi się nie podoba, coraz bardziej mi się nie podoba. Zastanawiam się, jak politycy mogą być tak od oderwani od rzeczywistości i  sami sobie strzelać w kolano. 

Ale cóż na to poradzi sam Berlin? Gdyby rzeczywiście był takim miastem jakim my go postrzegamy, to czy mielibyśmy taki problem z mieszkaniami? Mamy za mało mieszkań, ponieważ wciąż tyle tylu ludzi tutaj napływa i chce w Berlinie mieszkać. Ja Berlina nie porzucę, nie mam takiego zamiaru.

Całej rozmowy z Magdaleną Parys posłuchasz na dowolnej platformie streamingowej, wpisując „cosmo po polsku” albo przez stronę cosmopopolsku.de

zdjęcia Magdy Parys: RBB/ Sędzierska

 

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Karkówka wieprzowa po królewsku

Jeśli ktoś myśli że królowie jadali tylko bażanty, combry z jelenia czy słowicze języki jak np. Neron to się myli. Polski król Władysław Jagiełło bardzo lubił pieczyste z dzika, więc my w myśl tradycji z braku dziczyzny posłużymy się wieprzowinką.
Różnice w przygotowaniu są „niewielkie”, na dworze królewskim ilości i wielkość potraw przygotowywanych przez kucharzy przechodzi nasze wyobrażenie, no i mięso dzika musiało trochę skruszeć, dłużej niż nasza wieprzowinka. Nam wystarczy doba w marynacie. Trzeba też zaznaczyć że dzisiejsze przyprawy i produkty różnią się znacząco od tych dawnych ale sam proces pieczenia i przygotowywania nie uległy wielkim zmianom. Zapraszam zatem na królewskie dania z mięsa „hodowlanego”.

Czytaj więcej

Magdalena Parys: Berlin mnie denerwuje, ale to moje miasto

Kocham Warszawę i kocham Gdańsk. Chciałabym zrozumieć Polskę lepiej, ale zawsze będę wracała do Berlina, bo to moje miasto – mówi Magdalena Parys w rozmowie z COSMO po polsku. W Polsce ukazała się najnowsza książka pisarki „Floren”, a w Niemczech niemieckie wydanie głośnego „Księcia”.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - maj 2026