Anna Burek: Pani Aniu, spotykamy się tuż po trzydziestej, jubileuszowej edycji Pani inicjatywy. 30 edycji w ciągu 7 lat to imponujący wynik. Jak to się właściwie zaczęło w 2019 roku?
Anna Pisowicz: To był moment graniczny. Planowałam otwarcie małego sklepiku z personalizowanymi poduszkami – jestem krawcową z zawodu. Sklepik miał ruszyć za tydzień, ale dokładnie siedem dni przed otwarciem przyszedł wynik: mój syn, Patryk, jest chory na nowotwór. To on zaproponował, żeby rzeczy przygotowane do sklepu rozdać dzieciom na oddziale. Gdy zapasy się skończyły, a ja z powodu terapii syna nie mogłam szyć sama, hurtownia z Polski przysłała nam materiały. Wtedy zrozumiałam, że w pojedynkę zrobię niewiele, ale w grupie siła. Pierwsze szycie zorganizowałam przez ogłoszenie na Facebooku – przyszły tylko trzy dziewczyny. Tak narodziło się „Grupowe Szycie dla Onkologii Dziecięcej”.
Anna Burek: 18 metrów to niewielka przestrzeń jak na warsztat krawiecki, zwłaszcza że obecnie dysponuje Pani flotą aż 25 maszyn. Skąd bierze Pani sprzęt i jak udaje się Pani zarządzać nim przy tak dużej skali?
Anna Pisowicz: To niesamowite, jak ta nasza inicjatywa krążyła po Berlinie, zanim znalazła swój prawdziwy port. Każde z tych miejsc wspominam z ogromnym wzruszeniem, bo każde uczyło nas czegoś innego o pomaganiu. Zaczęło się w moim sklepiku i to był mój mały bastion. 18 metrów kwadratowych, które miało być biznesem, a stało się sercem akcji. Pamiętam to pierwsze szycie w 2019 roku – trzy dziewczyny, ja i cztery maszyny. Stałyśmy tak blisko siebie, że musiałyśmy uważać, by nie trącać się łokciami przy wycinaniu materiału. To tam, na tej małej przestrzeni, narodziła się wiara, że w kupie siła. Później, trochę przez przypadek, zaprosili nas do domu opieki dla osób chorych na raka (w Barbara Schulz Haus, Helmsdorf). Tam zorganizowaliśmy cztery edycje. Było pięknie, ale logistyka nas wykańczała. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy ładować po brzegi trzy samochody – maszyny, materiały i ten nieszczęsny puch. Wiedziałam, że jeśli chcemy szyć więcej, musimy być bliżej ludzi. Obecnie korzystamy z gościnności świetlicy dla osób z niepełnosprawnościami. To jest świetne miejsce – od poniedziałku do piątku służy podopiecznym fundacji, a w weekendy dostajemy klucze i my tam rządzimy. To tutaj odbyła się nasza jubileuszowa, 30. edycja. Jest przestrzeń, maszyny mogą spokojnie stać, a my czujemy się jak w domu. W podziękowaniu zawsze zostawiamy tam stos poduszek dla ich dorosłych podopiecznych – tak, żeby dobro krążyło w obie strony.
Te maszyny to moja pasja i zaplecze. Jako technik technologii odzieży po prostu je zbieram – to głównie stare, solidne modele, które sama naprawiam. Kupuję je za grosze, czasem za 20 euro na pchlim targu, by mieć części zamienne. Kiedy akcja zaczęła rosnąć, ludzie sami zaczęli mi oddawać niepotrzebne sprzęty. Dziś mam ich 25, ale rozdałam je uczestniczkom mojej grupy. One używają ich u siebie, dzięki czemu maszyny „pracują” i są sprawne. Na wspólne szycie każda po prostu przynosi „swoją” maszynę z powrotem.

Anna Burek: Logistyka to także ogromne ilości materiałów. Mówimy o zużyciu 50 kilogramów puchu na jedną edycję. Skąd pochodzą fundusze, skoro koszty jednej edycji sięgają już prawie tysiąca euro?
Anna Pisowicz: Na początku 99% kosztów pokrywaliśmy z mężem – inni chodzą na koncerty, ja wolę kupić belkę materiału. Teraz jednak mamy skarbonkę, do której uczestnicy wrzucają datki. Ostatnią, trzydziestą edycję w całości zasponsorowała moja przyjaciółka z mężem. Dodatkowo dziewczyny z naszej grupy zorganizowały w szkole, w której się uczą, zbiórkę butelek i fantów, a cały dochód przekazały na nasze materiały. Czasem ktoś przyniesie paczkę nici, a szkoła dzieciaków zbiera butelki zwrotne, by przekazać nam dochód. Każdy daje, ile może – jedna osoba 5 euro, inna belkę materiału, a jeszcze inna swój czas, by pod koniec dnia perfekcyjnie zaszyć dziurkę ściegiem krytym. To niesamowite, jak ta pomoc zaczęła krążyć.
Anna Burek: Przez te lata szycia ewoluowało. 270 poduszek uszytych w jeden weekend to tempo fabryczne. Czy każdy, nawet bez umiejętności krawieckich, znajdzie dla siebie zadanie?
Anna Pisowicz: Zmieniło się wszystko – od logistyki po moją własną rolę. Kiedyś wszystko robiłam sama: od wycinania, przez gotowanie, po naprawę maszyn w trakcie pracy. Dzisiaj mam od tego „specjalistów”. Wiem, że jedna najlepiej prasuje, druga ma oko do dobierania kolorów tyłów poduszek, a panowie, którzy kiedyś tylko zaglądali przez ramię, dziś dumnie wypychają wkłady. Mamy teraz grupę na Facebooku, ankiety, spisywanie obecności – to mała fabryka dobra. Nawet maszyny mają teraz swoje opiekunki. To już nie jest „akcja Ani”, to jest wspólny organizm, który oddycha i rozwija się bez względu na moje chwilowe niedyspozycje. Jestem za to bardzo wdzięczna.
Dziewczyny czasem piszą, że chętnie by pomogły, ale nie potrafią szyć. Zawsze mówię, że miejsce znajdzie się dla każdego, kawę też ktoś musi parzyć. Praca jest podzielona: jedna grupa dobiera materiały, inna przypina wzory szpilkami, krawcowe szyją, a jeszcze inne osoby wypychają poduszki puchem. Najtrudniejszym etapem jest ręczne zaszywanie dziurki ściegiem krytym – tego uczę każdego od podstaw. To żmudna praca, trzeba to zrobić tak, by nie było widać śladu. Na jednej z edycji mieliśmy nawet panów. Jeden z nich, kierowca tira, dzielnie zaszywał maskotki i stwierdził, że już woli jeździć w długie trasy, niż mierzyć się z igłą. To uczy ogromnego szacunku do rękodzieła.
Anna Burek: Na czym polegała wyjątkowość majowego spotkania Grupowe Szycie dla Onkologii Dziecięcej ?
Anna Pisowicz: To było spotkanie pełne symboli. Po pierwsze, zbiegło się z moją osobistą walką o zdrowie – jestem świeżo po operacji ręki. Fakt, że mimo bólu udało się to zorganizować, to zasługa ludzi, którzy nie przyjęli żadnej wymówki. Po drugie, to szycie miało niesamowitą oprawę. Dziewczyny stworzyły tajną grupę kontaktu poza mną, złożyły się na piękny prezent i kartkę, dziękując mi za zjednoczenie ich wszystkich. Popłakałam się, bo uświadomiłam sobie, że stworzyłam rodzinę, która działa już niemal autonomicznie. Ale najważniejszym elementem była obecność gości specjalnych z Bydgoszczy – Moniki Rymel z ,,Fundacji Gramy dla ONKO”.
Anna Burek: No właśnie, wątek współpracy z Bydgoszczą jest niezwykle ciekawy. Jak to się stało, że poduszki szyte w Berlinie trafiają do szpitala oddalonego o ponad 400 kilometrów?

Anna Pisowicz: To był totalny przypadek, a może przeznaczenie. Dwa lata temu trafiłam na post Moniki na Facebooku i po prostu zapytałam, czy chcą poduszki. Monika przyznała później, że rzadko się zdarza, by ktoś sam z siebie oferował taką pomoc. Pierwszy raz pojechałam tam z przyjaciółką, 1 maja, dwa lata temu. To był błyskawiczny kurs: 410 km w jedną stronę, wypakowanie poduszek i powrót, bo rano praca. Okazało się, że te poduszki na Dzień Mamy zrobiły w Bydgoszczy furorę. Cały szpital płakał, bo zazwyczaj pacjenci dostają prezenty, a tu nagle ktoś pomyślał o rodzicach. Dla Moniki, która od 10 lat prowadzi fundację, to był najbardziej emocjonalny dzień w karierze. Zobaczyła tatusiów i mamy, którzy dostali coś, czego ich dzieci, często bardzo chore, nie były w stanie im przygotować. Od tamtej pory jesteśmy w stałym kontakcie.
Anna Burek: Monika Rymer przyjechała do Berlina specjalnie na ten jubileusz. Jak wyglądało to spotkanie „na żywo” przy maszynach?
Anna Pisowicz: To było niesamowite. Monika przyjechała z mężem dokładnie w drugą rocznicę naszej pierwszej wizyty w Bydgoszczy – Facebook wyświetlił mi to wspomnienie pół godziny przed ich przyjazdem! Wzięła udział w szyciu i była zszokowana atmosferą. Nie sądziła, że każdy znajdzie tu miejsce dla siebie, niezależnie od umiejętności. Zobaczyła, że to, co nazywamy „niemieckimi poduszkami”, to tak naprawdę efekt pracy rąk ludzi, którzy wkładają w to całe serce. Mówiła, że w Bydgoszczy rodzice traktują te poduszki jak talizmany – wożą je w walizkach na każdą sesję chemii, bo one towarzyszą im w najgorszych chwilach. Ta współpraca pokazała nam wszystkim, że nie ma znaczenia, ile kilometrów nas dzieli – jesteśmy przyjaciółmi połączonymi jedną misją.
Anna Burek: Jako mama, która spędziła miesiące na onkologii, wie Pani dokładnie, jak wygląda ten zamknięty świat. Dlaczego te poduszki są tak ważne i dlaczego unika Pani na nich hasła „będzie dobrze”?

Anna Pisowicz: Onkologia to „inne życie”. Pędząc codziennie przez berlińską rzeczywistość nawet nie zdajemy sobie sprawy, że na czwartym piętrze Charité czas płynie inaczej – tam dzieci bez włosów i płaczący rodzice spędzają długie miesiące w całkowitym oderwaniu od świata. Nasze wejście z poduszkami pokazuje im, że nie są zapomniani, że ktoś o nich myśli, pamięta. Ze względu na osobiste doświadczenia jestem uwrażliwiona na potrzeby onkologicznych pacjentów i ich rodzin. Wiele osób zdrowych odruchowo pociesza, mówiąc, że będzie dobrze. To słowa, których się nie wypowiada w takiej przestrzeni. Nikt nie wie, co przyniesie jutro, więc te puste zapewnienia tylko irytują. Na naszych poduszkach znajdują się więc hasła: „Jestem przy Tobie”, „Mały bohater” czy „Szef wszystkich szefów”. To wywołuje uśmiech, rozładowuje napięcie. Osoby cierpiące najbardziej potrzebują normalności. Cieszą się z prozaicznych rzeczy i my tę normalność im przynosimy.
Anna Burek: To częsta sytuacja, że znajomi osób chorych wycofują się, bo nie wiedzą, co powiedzieć. Co radziłaby Pani tym, którzy chcą pomóc, ale boją się kontaktu?
Anna Pisowicz: Najważniejsze to być. Nie trzeba mieć gotowych rozwiązań. W naszym przypadku niektórzy znajomi przestali dzwonić i ja nie mam o to żalu – po prostu nie wiedzieli, co powiedzieć. Ale właśnie ta normalność pomaga najbardziej. Warto napisać: „Myślę o Tobie, jestem, zawsze możesz do mnie zadzwonić”. Nie trzeba bać się odpowiedzi, że jest źle. Czasem samo „Jestem” wystarczy, by przełamać tę barierę niewidzialności, którą czują rodziny na oddziale.
Anna Burek: Pani akcja to także ogromny event społeczny. Co daje uczestnikom to legendarne „ładowanie baterii” przy wspólnym stole?
Anna Pisowicz: Inicjatywa, która miała pomagać chorym, stała się terapią dla zdrowych. Na stole mamy 200 pierogów, żurek, domowe ciasta – staliśmy się drużyną, rodziną. Kiedy miałam operację ręki, dziewczyny pisały: „Ania, nic nie rób, my przyjdziemy, zapakujemy, posprzątamy, tylko bądź”. Ludzie chcą pomagać, ale często po prostu potrzebują kogoś, kto im w tym pomoże, kto wskaże kierunek i da igłę do ręki. Ta inicjatywa przerosła moje najśmielsze oczekiwania – jedna z dziewczyn napisała mi, że chce, by to trwało na zawsze. I chyba o to chodzi: by szyć tę nadzieję tak długo, jak będzie potrzebna, ramię w ramię.
Anna Burek

