bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Berlin nie jest łatwym miastem

To miasto bywa trudne, nieprzewidywalne i rzadko wyściela przed kimś czerwony dywan. A jednak przyciąga miliony. O fascynacji chaosem, gentryfikacji i poszukiwaniu autentyczności w cieniu „złotych lat dwudziestych” z Dorotą Danielewicz, autorką książki „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi”, rozmawia Maciej Wiśniewski.

Maciej Wiśniewski: Berlin to miasto, które nie należy do nikogo, a zarazem należy do wszystkich. Tak zaczynasz swoją najnowszą książkę. Dlaczego po trzynastu latach od wydania „Przewodnika po duszy miasta” zdecydowałaś się napisać o nim ponownie?

Dorota Danielewicz: Kluczowym momentem była pandemia. Zrozumiałam wtedy, że Berlin lat 20. XXI wieku to zupełnie inne miejsce niż to, o którym pisała w 2010 roku. To miasto nigdy nie jest „gotowe”, ono nieustannie ewoluuje. Jako mieszkanka poczułam, że sama muszę poznać je na nowo. Dzielnice, które kiedyś uchodziły za luksusowe, dziś bywają opuszczone, a w innych miejscach rodzi się coś zupełnie świeżego. Aby zrozumieć ten proces, wsiadłam na rower i ruszyłam w miasto jako „niespieszny przechodzień”.

W swojej opowieści kładziesz duży nacisk na ludzi. Twierdzisz, że to nie zabytki, a mieszkańcy tworzą tkankę miasta.

Dokładnie tak. Miasto to dla mnie nie kamienie, lecz ludzie, bo to oni je wymyślają i budują. W nowej książce chciałam zbadać, ile w dzisiejszym Berlinie jest realnego doświadczenia, a ile wirtualnej fantasmagorii. Życie coraz bardziej przenosi się do sieci, powstają miejsca „pod Instagram”, do robienia zdjęć na tle balonów. Mój rozmówca, Anatol Gottfried, powiedział mi kiedyś: „Kiedyś wszystko było takie prawdziwe, wszystkiego można było dotknąć”. Szukałam więc miejsc, gdzie wciąż można autentycznie coś przeżyć w grupie, pokłócić się, a potem podać sobie rękę, patrząc w oczy, a nie klikając „usuń z grona znajomych”.

Często odwołujesz się do „złotych lat dwudziestych” ubiegłego wieku. Widzisz analogię między tamtą epoką a współczesnością?

Tak, nawet roboczy tytuł książki brzmiał „Berlin lata dwudzieste”. Co ciekawe, Berlin osiągnął właśnie taką samą liczbę mieszkańców jak wtedy – około 4 milionów. Tamte lata to był czas wielkich kawiarni na kilkaset osób, gdzie dziennikarze i aktorzy przesiadywali godzinami, bo nie mieli gdzie mieszkać lub ich domy były nieogrzewane. Dziś znów narzekamy na brak mieszkań, ale skala problemów socjalnych tamtej epoki – wilgoć, grzyb, kilka osób w jednym pokoju – była nieporównywalnie większa.

Berlin kojarzy się z alternatywą i sztuką, ale Twoja książka zagląda też w stronę „miejsc przyszłości” (Zukunftsorte). Co tam znalazłaś?

Odkryłam Berlin, który chce być doliną przemysłową nowych technologii. Zafascynowało mnie centrum EUREF przy gazometrze, które już teraz spełnia surowe normy klimatyczne przyszłości, czy Siemensstadt i Tempelhof, gdzie rodzą się start-upy zajmujące się żywnością. Oczywiście rodzi się pytanie: czy postępująca gentryfikacja nie zabije ducha miasta? Artyści są wypychani coraz dalej, bo czynsze za pracownie stają się niebotyczne. Wierzę jednak, że Berlin się nie podda, że artyści zawsze będą tu „w drodze”, znajdując nowe nisze, jak obecnie w Schöneweide.

Spotykasz się czasem z zarzutem, że Berlin „już nie jest taki fajny jak kiedyś”? Że jest brudno, drogo, a komunikacja szwankuje?

Moja książka jest poniekąd reakcją na to utyskiwanie. Mieszkam tu od 45 lat i pamiętam fazy, o których nowi przybysze nie mają pojęcia. Pamiętam miasto przecięte murem, „pociągi widma”, korupcję lat 80. i totalny brak mieszkań w tamtym czasie. Berlin to metropolia, która daje popalić. Nie powinno się tu przyjeżdżać z wygórowanymi oczekiwaniami. Tu nikt nie czeka na kolejnego artystę z czerwonym dywanem.

To po co się tu przyjeżdża?

Często po to, żeby zniknąć. Tak zrobił David Bowie w latach 70., chodząc w kraciastych koszulach do zwykłego supermarketu. Tak robi dziś Lana Wachowski, mieszkając w okolicach Bergmanstraße, bo nikt jej tam nie nagabuje. Berlin to „Europa Środkowa w miniaturze”, jak mówiła Olga Tokarczuk. Mimo cięć w budżecie na kulturę, to miasto wciąż kipi oddolną energią – możesz wejść do przypadkowego salonu bilardowego i trafić na genialne jam session w piwnicy. To jest właśnie dusza tego miasta.

Czy „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi” to zamknięcie Twojej berlińskiej przygody?

Wręcz przeciwnie. Już pracuję nad kolejną książką – tym razem o roku 1981. Impulsem była wizyta w dawnym obozie dla uchodźców w Marienfelde, gdzie sama trafiłam po przyjeździe do Berlina. Spotkanie z dzisiejszymi uchodźczyniami z Syrii i Iraku otworzyło we mnie lawinę wspomnień. Z tym tematem muszę się teraz zmierzyć.

W najbliższych dniach zapadnie decyzja o dalszym istnieniu lub likwidacji redakcji COSMO po polsku. Politycy Berlina i Brandenburgii przygotowują obecnie nową ustawę kształtującą ofertę mediów publicznych. Na podstawie jej zapisów dyrekcja rozgłośni oraz Rada Nadzorcza (Rundfunkrat) Rundfunk Berlin-Brandenburg zadecydują o przyszłości programu skierowanego do Polek i Polaków w Berlinie.

Środowiska polskie i polonijne w Niemczech są głęboko zaniepokojone tą sytuacją i aktywnie starają się ratować polskojęzyczne medium, które pozostaje jedynym tego typu programem w strukturach niemieckiego publicznego nadawcy. W ramach tych działań przedstawiciele Polonii organizują akcje wsparcia i kierują liczne maile do Senatu oraz władz rozgłośni, apelując o utrzymanie redakcji. 

Głos w sprawie COSMO po polsku zabrała w mediach społecznościowych również Magdalena Parys, berlińska pisarka.

COSMO Radio, miejsce, które przez lata było czymś więcej niż międzynarodową rozgłośnią, dziś jest systematycznie wygaszane. Redukcje, zwolnienia, cięcia. Zostaje garstka ludzi, a wśród zagrożonych jest także redakcja polska.

Jak to jest możliwe? W Niemczech, w kraju, w którym Polacy stanowią jedną z największych grup migrantów, zaraz po społeczności tureckiej, a być może wkrótce jej dorównają, ma zniknąć jedyna przestrzeń medialna, która mówi do nich w ich własnym języku?

Nie chodzi tylko o język. Chodzi o obecność, o to, że jest ktoś, kto tłumaczy Niemcy Polakom, do których nie zawsze docierają ważne informacje o kraju, w którym mieszkają. Chodzi też o to, że kolejne pokolenia, nasze dzieci, mają gdzie usłyszeć żywy, aktualny i osadzony w rzeczywistości język polski. O to, że istnieje codzienny, mądry i rzetelny kanał informacyjny tworzony przez świetnych dziennikarzy.

Tak, wielu z nas świetnie mówi po niemiecku, radzi sobie i funkcjonuje. Niektórzy z nas mówią lepiej po niemiecku niż po polsku. Wszystko to prawda, ale nie oznacza to, że nie potrzebujemy własnego głosu.

Spójrzcie na ludzi, których znacie: Monika Sędzierska, Adam Gusowski, Jacek Tyblewski, Tomek Kycia, Natalia Prüfer, Marta Przybylik, Maciek Wiśniewski… Ich rozmowy, podcasty, spotkania z politykami, pisarzami, artystami, ludźmi, którzy reprezentują nasze interesy. Setki udostępnień, tysiące reakcji, prawie pięćdziesiąt tysięcy aktywnie obserwujących w mediach społecznościowych. To nie jest niszowy projekt, to jest potężny, realny zasięg. To nie jest po prostu radio czy jakieś podcasty. To jest nasze radio. Wasze radio.

A jednak właśnie to miejsce ma zniknąć. I znów się zastanawiam: jak to możliwe? Inne społeczności potrafiły o swoje zadbać. Media w języku tureckim istnieją, bo stoi za nimi wspólnota i instytucje, które wiedzą, jak ważny jest własny głos. A my? Czy naprawdę zgodzimy się na to, żeby jedyna taka przestrzeń w języku polskim po prostu zniknęła?

Bardzo łatwo jest coś zburzyć, ale zbudować od nowa miejsce, które przez dziesięciolecia tworzyło swoją jakość, wiarygodność i zaufanie, jest już dużo trudniej. Jakość nie powstaje od razu, rodzi się z czasu, konsekwencji, odpowiedzialności i rzetelności. Słuchacze nie przywiązują się do przypadkowych rzeczy, trzymają się tego, co trwałe i co daje poczucie, że pozostanie. Dlatego COSMO się słucha i ogląda, dlatego się je udostępnia. To medium ma znaczenie, bo w świecie, który zmienia się zbyt szybko, najbardziej potrzebujemy punktów stałych.

Nie jestem częścią tego zespołu i nie mam z tego żadnej osobistej korzyści poza jedną: słucham często ich rozmów, podcastów i wiadomości. Po prostu życzę im, ale przede wszystkim Wam, nam i sobie też, żeby nie zniknęli z przestrzeni medialnej tylko dlatego, że nie potrafiliśmy jako Polacy zadbać o nasze interesy w Niemczech.

 

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Berlin nie jest łatwym miastem

To miasto bywa trudne, nieprzewidywalne i rzadko wyściela przed kimś czerwony dywan. A jednak przyciąga miliony. O fascynacji chaosem, gentryfikacji i poszukiwaniu autentyczności w cieniu „złotych lat dwudziestych” z Dorotą Danielewicz, autorką książki „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi”, rozmawia Maciej Wiśniewski.

Czytaj więcej

Od trudnej historii do strategicznej wspólnoty interesów. Polska nie jest już „młodszym partnerem”

W tym roku mija 35 lat od podpisania polsko-niemieckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Choć rocznicowa debata w Bundestagu odbyła się przy niemal pustych ławach, jej ton był bezprecedensowy – wszystkie polityczne frakcje mówiły o relacjach z Polską jako strategicznych. O tym, jak dziś ewoluuje partnerstwo Warszawy z Berlinem, dlaczego brak zadośćuczynienia dla ofiar wojny wciąż rzuca cień na nasze stosunki oraz w jaki sposób Polska staje się obronnym i gospodarczym filarem dla Niemiec, opowiada szef polskiej ambasady w Niemczech, Jan Tombiński. Rozmawia Tomasz Kycia.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - lipiec 2026