bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton lipiec

Nie myślałam do tej pory w życiu swoim o drodze za wiele. Owszem, bywałam w drodze, w rozjazdach, na rozdrożach. Słyszałam, że nie należy schodzić na drogę złą i trzymać się obranej trasy w drodze do celu. Spotkałam na swojej drodze postacie drogie i bliskie sercu, dwa razy też wypadłam z drogi - raz niebieskim renault prosto w drzewo, raz czerwonym punto - do rowu. Zawsze jednak ta moja droga była jedynie środkiem do celu, wątkiem pobocznym w historii, tłem wydarzeń.

Aż w końcu, będąc kilka tygodni temu w drodze z domu do domu, gdzieś w blisko polsko-niemieckiej granicy, gapiąc się bezmyślnie przez okno i wdychając smród topiącego się asfaltu, po raz tysiączny w swym migracyjnym życiu przesunęłam wzrokiem po brandenburskim banerze Der Weg ist das Ziel. Widziałam to hasło milion razy, słyszałam je w różnych językach razy sto, ale to tej niedzieli w końcu do mnie dotarło. 

Do tej pory widziałam w nim pomost i błękit bliżej nieokreślonego zbiornika wodnego jako obietnice czekającego gdzieś uczucia ulgi, spełnienia i beztroski. Pomost pachniał mi zmurszałym drewnem, słyszałam korniki wiercące dziurę w jego brzuchu, czułam drzazgę wślizgującą się podstępem w najbardziej niewyciskane miejsce stopy. Za pewniaka brałam temperaturę wody, która miała przyjemnie chłodzić przy zanurzaniu stóp, łaskotać przy wysokości pępka, stawiać włoski na karku dębem, kiedy sięga szyi. Podświadomie chyba zaczynałam drapać ramiona, z doświadczenia wiedząc przecież, że jak jezioro, to i ciepło, a więc i komary. 

Droga była celem. Podświadomie, bo będąc święcie przekonaną, ale jednocześnie nie poświęciwszy tej myśli jednej chwili, myślałam chyba, że jeśli przemierzę tę drogę wystarczającą liczbę razy: spędzę setki godzin w flixbusach, opóźnionych pociągach, płatnych toaletach, stacjach z hot-dogami. Że jeśli dwadzieścia sześć razy wyciągnę paszport na zmianę z dowodem po obu stronach mostu, wyjaśnię skąd i kim jestem, wymyślę dokąd zmierzam i co mam w plecaku, targając w nim na zmianę buty do szewca i zepsuty zamek w kurtce jedną w stronę i jajka od szczęśliwych kur cioci w drugą. Że jak już pięćdziesiąt dwa razy przełączę dane mobilne pomiędzy dwoma kartami SIM w telefonie, będę emigrantką, imigrantką, pendlerem i nomadem cyfrowym z komputerem rozładowanym, ciężkim, nowym i drogim, upaćkanym, w barach z kawą za euro, za cztery, za dwadzieścia złotych, mrożoną, z musem malinowym, gorącym kakao na bolące gardło i maseczką, bo bez nie wolno. Że po tych wszystkich przeżytych w ciągłej drodze godzinach w końcu nadejdzie ten moment, że powiem: oto jestem, było warto, jestem u celu. 

Stałam więc i tej niedzieli w cholernym korku na zasmrodzonej autostradzie, czekając na ten upragniony letni luz. Pod podłokietnikiem kawa z maka, na kolanach ciastko od teściowej na wynos w pudełku po lodach, buty rzucone w kąt, nogi w pozycji wielce niebezpiecznej skazującej je na złamanie w trzynastu miejscach w razie wypadku. Polskie radio bzyczało setką reklam, próbując przebić się przez niemieckie szlagiery w audycji Serbołużyczan. Upał nie-do-wy-trzy-ma-nia. Wali smaloną gumą i topiącym się asfaltem, chce mi się palić papierosy, ale od czterech lat “mamy nowe auto” a w marcu rzuciłam szlugi, więc nie wolno. Mam dość, chcę do domu, będąc dokładnie między dwoma. Czekam już aż dojedziemy (na swój balkon, do swoich białkowych styrów i ulubionych kawiarni) po tym jak czekałam aż wyjedziemy (od tych wiecznych pytań, czucia się jak nie u siebie, kawy z mlekiem 3,2%), tęskniąc za tymi, których właśnie widziałam, choć najbardziej mi żal, że z niektórymi spotkać się nie udało. Już bardzo nie chcę tu być, chcę być gdzieś indziej, ale stoję w korku i patrzę na ten durny wakacyjny baner Der Weg ist das Ziel. No przecież wiem. Jadę. Dopiero co byłam. Zaraz będę. Tak, setki godzin poświęconych celom.

I wtedy on mówi, że zjedzie na następnym. Bo tak jeździmy i jeździmy, słupki kilometrowe znamy na pamięć, a nie wiemy co za dźwiękoszczelnym ekranem. I że widział na takiej tablicy brązowej, co zabytki i sehenswürdigkeiten obwieszcza, że tam taki ryneczek mały ma być. I plecie tak bez końca (jak nie on) i bez sensu (już bardziej jak on), a mnie wciska coraz bardziej w fotel, choć stoimy przecież w miejscu. Bo nagle do mnie dociera, że cel nie równa się sens, że zmierzanie do niego nie jest jedyną drogą, a droga sama w sobie może być w centrum wydarzeń. I tej niedzieli taka była, a ja nabrałam apetytu na więcej takich niedziel. Takich dróg, co są celem same w sobie – które pozwalają trochę zboczyć, zatrzymać się, pojechać objazdem i odkryć (w) sobie coś nowego. 

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Toksyczne sekrety zamożnych domów (Cz. 2)

W poprzednim wydaniu „KONTAKTY Berlin” pisaliśmy o przerażającym mechanizmie tzw. limerencji – chemicznego otumanienia dorosłych nowym romansem, w którym rodzone dziecko zaczyna być traktowane jak logistyczna przeszkoda. Przytoczyliśmy drastyczne przypadki z Niemiec, gdzie zaślepienie nowym partnerem całkowicie wymazało instynkt macierzyński. Jako detektywi działający na osi Warszawa–Berlin (detektywdomanski.pl / detektivdomanski.de) musimy jednak podkreślić: ten syndrom nie zna granic państwowych, a najgorszy mrok potrafi kryć się za fasadą absolutnego luksusu i pozornego porządku.

Czytaj więcej

Czerwona papryka

Warzywo niby powszechnie znane i chyba wszyscy wiedzą, jak z niego czerpać pełnymi garściami. Tymczasem warto przyjrzeć się temu, co w czerwonej papryce się znajduje, bo okazuje się, że zyska na tym cały organizm. Sprawdźmy, dlaczego warto zjadać czerwoną paprykę, nie tylko w sezonie, ale przez cały rok.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - sierpień 2026