Swoją przygodę z koszykówką Krzysiek rozpoczął w 2014 roku w Łodzi. Dziś ma dopiero 26 lat, a za sobą bogatą karierę w najmocniejszych ligach świata. Jest też istotnym elementem rotacji reprezentacji Polski, kierowanej przez Marcina Balcerowskiego. Fani basketu z pewnością kojarzą to nazwisko, a zbieżność nie jest przypadkowa. Marcin to tata podstawowego centra naszej kadry bieganej – Aleksandra Balcerowskiego.
Kozaryna dopiero co zakończył sezon w hiszpańskiej Gran Canarii, z którą zdobył piąte miejsce w lidze. W czerwcu, w biało-czerwonych barwach, awansował na Mistrzostwa Świata 2026, które rozegrane zostaną w kanadyjskiej Ottawie z początkiem września. Polacy w drodze po mundial pokonali Brazylię, Senegal i gospodarzy zawodów repasażowych z Tajlandii. Nasz rozmówca wchodził na parkiet z ławki, za każdym razem dając istotny impuls do ataku, będąc czwartym najlepszym strzelcem wśród Polaków ze średnią 7.3 punktu na mecz. Najlepiej wypadł w przegranej batalii z Iranem, notując statystyki na poziomie 12p/5a/3z.
Grzegorz Szklarczuk: Przez ostatnie lata grałeś w Hiszpanii (w Maladze, na Gran Canarii), wcześniej we Włoszech. Co skłoniło Cię do przeprowadzki do niemieckiego RSV Lahn-Dill?
Krzysztof Kozaryna: Dla mnie to tak naprawdę powrót do niemieckiej ligi, ponieważ miałem już okazję spędzić dwa lata w Bundeslidze. Do transferu do RSV Lahn-Dill skłoniła mnie przede wszystkim chęć podjęcia nowych, ambitnych wyzwań. To absolutnie topowa drużyna, klub z ogromnymi tradycjami i wieloma sukcesami na koncie. Doskonale wiem, że trafiając do takiego środowiska, mogę się jeszcze bardzo wiele nauczyć i rozwinąć jako zawodnik.

G.S.: Czym niemiecka koszykówka na wózkach różni się od innych lig, w których występowałeś?
K.K.:Niemiecka koszykówka jest znacznie bardziej poukładana, taktyczna i spokojniejsza. Gra opiera się tu na żelaznej dyscyplinie i realizowaniu założeń trenera od początku do końca. Jeśli miałbym to porównać na przykład do ligi hiszpańskiej, to tam styl jest zdecydowanie bardziej dynamiczny. Bundesliga to zupełnie inna kultura gry.
G.S.:Jaką rolę będziesz pełnił w nowym klubie? Na jakie minuty liczysz? Miałeś już okazję rozmawiać o tym z trenerem?
K.K.:Jestem już po rozmowach ze szkoleniowcem. Moja rola w zespole ma opierać się na grze jako rzucający center. Wykorzystując mój wzrost oraz zasięg ramion, mam być także solidnym wsparciem pod koszem i walczyć o zbiórki. Oczywiście, jak każdy sportowiec, liczę na spędzenie na parkiecie jak największej liczby minut. Z rozmów z trenerem wynika, że realnie mogę liczyć na około 20 minut na mecz. Trzeba pamiętać, że Lahn-Dill to niezwykle silna, szeroka i wyrównana kadra, która ma w zanadrzu wiele wariantów taktycznych, więc rotacja w trakcie spotkań jest naturalna i wręcz oczekiwana.
G.S.:Jakie cele przed sobą stawiasz na nadchodzący sezon 2026/2027, osobno dla reprezentacji, osobno dla klubu?
K.K.:Jeśli chodzi o kadrę narodową, to cel jest jasny: na zbliżających się Mistrzostwach Świata w Kanadzie chcemy zajść jak najdalej i powalczyć z najlepszymi. Myślami wybiegam też do kolejnych Mistrzostw Europy, gdzie również mierzymy wysoko. Z kolei w barwach Lahn-Dill celuję w dublet na krajowym podwórku – chcę wygrać zarówno Bundesligę, jak i Puchar Niemiec. Do tego dochodzi oczywiście Champions Cup, gdzie jako drużyna chcemy zaprezentować się z jak najlepszej strony i włączyć się do walki o najwyższe cele na arenie międzynarodowej.

G.S.:Lahn-Dill słynie z wiernych fanów i pełnych trybun. Jak zbudować taki sukces i czy można to powtórzyć w Polsce?
K.K.:RSV Lahn-Dill ma niesamowitą, wielką rzeszę kibiców, ale to nie wzięło się znikąd – klub pracował na to ciężko przez długie lata. Zdecydowanie uważam, że taki sukces frekwencyjny i marketingowy jest do powtórzenia w Polsce. Wystarczy spojrzeć, jak kultura kibicowania i zainteresowanie naszą dyscypliną dynamicznie zmienia się na lepsze w takich ośrodkach jak Konin czy Kielce. To pokazuje, że idziemy w dobrą stronę.
G.S.:Czy masz jakiś sportowy autorytet – gracza, na którego grze chętnie się wzorujesz lub słuchasz jego rad?
Jest bardzo wielu zawodników, na których grę zwracam uwagę. Wychodzę z założenia, że każda wskazówka jest cenna i nie ma dla mnie znaczenia, czy udziela jej zawodnik nisko-, czy wysokopunktowy, od każdego można wyciągnąć coś wartościowego do własnego rzemiosła. Trudno byłoby mi wymienić wszystkich, ale jeśli miałbym wskazać konkretne nazwiska, to z polskich graczy na pewno są to Mateusz Filipski i Piotr Łuszyński. Z kolei z zagranicznych gwiazd Lee Manning (Wielka Brytania) oraz Aliaksandr Halouski (Niemcy).
G.S.: Z kadrą awansowałeś na MŚ. Jesteś zadowolony ze swojego występu na turnieju repasażowym? Jakie cele stawiasz przed sobą na turniej w Ottawie?
K.K.: Generalnie jestem zadowolony ze swojej postawy, choć jako ambitny zawodnik zawsze czuję lekki niedosyt i wiem, że niektóre elementy mogły wyglądać jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o turniej w Ottawie, mój cel pozostaje niezmienny: chcę dać chłopakom i całej reprezentacji jak największe wsparcie na parkiecie, zostawić tam serce i po prostu grać dobry, mądry basket.
G.S.:Oglądasz w ogóle koszykówkę tradycyjną, bieganą? Komu kibicujesz?
Tak, jak najbardziej. Staram się na bieżąco śledzić rozgrywki koszykówki. Jeśli chodzi o ligę NBA, to moja miłość jest niezmienna od lat – kibicuję Los Angeles Lakers. W przypadku rozgrywek europejskich, w tym Euroligi, poziom jest tak wyrównany i wysoki, że ciężko byłoby mi wskazać jedną, konkretną drużynę.
PS Krzysztofa nie zobaczymy w najbliższym sezonie w Berlinie, Alba wciąż pozostaje na etapie drugiej Bundesligi, a Polak grał będzie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w kraju. Warto jednak wybrać się na mecz koszykówki na wózkach, by przekonać się jak widowiskowym sportem jest ta, wciąż niszowa, dyscyplina. Sezon rusza już w październiku, a Albatrosy swoje mecze grają na bocznej hali Max-Schmeling-Halle.
Zdjecia: PZKosz
Grzegorz Szklarczuk

