bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Krok za krokiem, mimo bólu

Co się dzieje, gdy nowoczesna rodzina z Berlina porzuca codzienny komfort, by przez 16 dni mierzyć się z monotonią polskiego bruku, palącym słońcem i własnymi słabościami? Magdalena Maśluk-Meller – na co dzień badaczka przyszłości w technologicznym gigancie SAP – zabrała swoje nastoletnie dzieci w podróż, której nie da się przewinąć ani polubić jednym kliknięciem.

To nie jest tylko opowieść o pielgrzymowaniu ze Szczecina na Jasną Górę. To szczery do bólu zapis powrotu do korzeni, w którym bąble na stopach stają się lekcją pokory, a brak zasięgu – jedyną drogą do prawdziwego usłyszenia głosu najbliższych. W rozmowie z Anną Burek autorka wyjaśnia, dlaczego czasem trzeba przejść setki kilometrów, by zrozumieć, że w drodze wszyscy jesteśmy sobie równi.

Anna Burek: Spotykamy się kolejny raz, ale mam wrażenie, że za każdym razem rozmawiamy z zupełnie innej perspektywy – jak mogłaby Pani przedstawić się naszym czytelnikom na potrzeby tej konkretnej rozmowy o Pani najnowszym projekcie?

Magdalena Maśluk-Meller: Jestem Polką pochodząca ze Szczecina, która od lat buduje swoje życie w Berlinie jako matka dwójki nastolatków. Moje doświadczenie życiowe jest mocno rozpięte między kulturami – odwiedziłam ponad 40 krajów, mieszkałam w Chinach i Nowej Zelandii, a zawodowo zajmuję się przyszłością pracy jako naukowiec w firmie SAP, łącząc to z pisaniem poradników o karierze w Niemczech. Jednak dzisiaj występuję w nowej roli: autorki książki Mamo, daleko jeszcze?, która jest zapisem bardzo osobistego, fizycznego i duchowego doświadczenia, jakim była piesza wyprawa z moją rodziną na Jasną Górę.

Anna Burek: Książka ukazała się w modelu self-publishing – dlaczego wybrała Pani akurat taką formę publikacji?

Magdalena Maśluk-Meller: Zdecydowałam się na self-publishing, mimo że wiąże się to z samodzielnym zadbaniem o redakcję (którą zajął się przyjaciel Michał Talarek), korektę, okładkę i pełnym ryzykiem finansowym, ponieważ nie chciałam czekać miesiącami na decyzję tradycyjnego wydawnictwa, które mogłoby wpisać mnie w ramówkę za, na przykład, rok. Książka jest dostępna od kwietnia na 14 portalach Amazona, od Polski po Kanadę, a ja cieszę się z każdej wiadomości od czytelników, którzy piszą, że dzięki lekturze poczuli siłę pątniczego ducha.

Anna Burek: Skąd u nowoczesnej kobiety pracującej w sektorze technologicznym w Berlinie wziął się pomysł, by zabrać rodzinę na tak tradycyjne, wręcz surowe doświadczenie, jakim jest polska piesza pielgrzymka?

Magdalena Maśluk-Meller: Ten pomysł musiał we mnie dojrzeć – to nie była nagła decyzja, ale raczej nostalgia za moimi własnymi pielgrzymkami ze Szczecina, w których uczestniczyłam jako młoda dziewczyna przed i po maturze. Pamiętam, że poszłam wtedy z takiej „wakacyjnej pustki” po obozie w Zakopanem, a to doświadczenie zostało we mnie na 30 lat. Pierwszy plan wspólnego wyjścia z dziećmi pojawił się jesienią 2019 roku, ale pandemia pokrzyżowała nam szyki na kilka lat. W zeszłym roku w domu doszło do swoistej wakacyjnej licytacji: córka chciała na Seszele, syn do Chicago, a ja wybrałam pielgrzymkę do Częstochowy, przekonana, że to będzie dla nich najlepsza szkoła życia, na jaką jeszcze – ze względu na ich wiek – mogę ich namówić.

Anna Burek: Wyprawa trwała 16 dni, podczas których szliście pieszo ze Szczecina aż do Częstochowy – jak wyglądały Wasze przygotowania i czy dzieci miały świadomość, na co się piszą?

Magdalena Maśluk-Meller: Nasze przygotowania były, mówiąc szczerze, znikome i opierały się na naiwnym założeniu, że skoro jesteśmy „miejsko wysportowani” – mąż ćwiczy, ja spaceruję , a dzieci grają w klubach w piłkę i koszykówkę – to damy radę bez treningu. Jedyne realne „wdrożenie” to był godzinny spacer do sklepu po klamerkę dzień przed wyjściem, który wybraliśmy zamiast podjechania autobusem. W naszym bagażu zabrakło także rzeczy podstawowych, materacy czy śpiwory na noclegi zbiorowe. Dzieci miały do nas totalne zaufanie, ale kompletnie nie rozumiały fizyczności tego wyzwania; nie umiały sobie wyobrazić wielogodzinnego marszu po asfalcie w upale, a tego trudu nie da się wytłumaczyć słowami.

Anna Burek: Początki bywają euforyczne, ale po kilku dniach uderza rzeczywistość – jakie emocje towarzyszyły Pani po tych 30 latach przerwy, gdy znów stanęła Pani na szlaku, tym razem jako matka?

Magdalena Maśluk-Meller: Na starcie 29 lipca czułam „niemiecką gorączkę” – spakowane bagaże,  auto na południu, pełen optymizm. Jednak już pierwszego dnia, gdy zobaczyłam, jak zmienił się szlak – nowe drogi rowerowe, inne piosenki, a nawet inne poczęstunki – poczułam, że będzie to inne wyzwanie niż trzy dekady temu. Drugiego dnia w mojej głowie pojawiło się bolesne pytanie: „Po co ja ich tu zabrałam?”, bo zmęczenie było obezwładniające, a świadomość, że przed nami średnio 33 kilometry dziennie (z najdłuższym odcinkiem 42.3 km), stała się przerażająca.

Anna Burek: Tytułowe pytanie „Mamo, daleko jeszcze?” sugeruje, że dzieci w pewnym momencie zaczęły odczuwać monotonię trasy – jak radziła sobie Pani z ich zniecierpliwieniem i własnym bólem fizycznym?

Magdalena Maśluk-Meller: To pytanie towarzyszyło nam właściwie od pierwszych kilometrów, bo dzieciom krajobraz, który dla mnie był nostalgiczny, wydawał się  identyczny i nudny. Nie miałam magicznej recepty – nie dało się przewinąć monotonii ani przyspieszyć czasu. Mogłam tylko iść razem z nimi przez tę trudność, choć sama ledwo stawiałam kroki. Musiałam być z nimi bardzo szczera: gdy trzeciego dnia syn pytał, czy robię sobie żarty, idąc tak pokracznie, przyznałam, że po prostu wszystko mnie boli i muszę się „rozchodzić” przez pierwszy kilometr. Nie ukrywałam słabości, ale jednocześnie uczyłam ich akceptacji tego, że na szlaku wyczerpanie rzadko jest stanem ostatecznym – raz jest kryzys, a za chwilę „lecisz” do przodu.

Anna Burek: Pielgrzymka to nie tylko marsz, to także specyficzny język, modlitwy i bycie w grupie – jak Pani dzieci, wychowane w Berlinie, odnalazły się w tej religijnej i kulturowej rzeczywistości?

Magdalena Maśluk-Meller: To był dla nich ogromny przeskok kulturowy, bo choć staramy się pielęgnować język polski, to religijna nowomowa, „godzinki” czy odczytywane z ambony dowcipy były dla nich czarną magią. Często szeptali: „Mamo, ja nie rozumiem, co oni powiedzieli?”, a ja musiałam tłumaczyć nie tylko słowa, ale i kontekst. Jednak z czasem dzieci stworzyły własną strategię obronną, nawiązały znajomości, zaczęły przyzwyczajać się do dynamiki grupy.

Anna Burek: W dziesiątym dniu wyprawy doszło do przełomowego momentu – Pani mąż musiał przerwać marsz. Jak to wpłynęło na Panią i dzieci w drodze do celu?

Magdalena Maśluk-Meller: Mikołaj, mimo wcześniejszych doświadczeń z pielgrzymki wrocławskiej, musiał skapitulować przed bólem i dolegliwościami fizycznymi, co postawiło nas w trudnej sytuacji – nagle zostałam jedynym „przewodnikiem” naszej małej grupy. W tym 10. dniu wiedzieliśmy, że albo teraz wszyscy pękniemy, albo ja z dziećmi dojdę do końca, a on dojedzie do nas dopiero w Częstochowie. To był moment, w którym dzieci zobaczyły, że zasady na szlaku są nieubłagane, trzeba iść, by uczestniczyć w pielgrzymce, i że mimo ogromnej miłości i wsparcia, każdy z nas ma inne zasoby fizyczne, które musimy uszanować.

Anna Burek: Moment wejścia na Jasną Górę musiał być niezwykle emocjonalny – czy po tych wszystkich trudach, bąblach na nogach i braku wygód, dzieci chciałyby to powtórzyć?

Magdalena Maśluk-Meller: Gdy staneliśmy przed obrazem czuliśmy się szczęśliwi i spełnieni. Kolejne reakcje dzieci były dla mnie bardzo zaskakujące – siedząc na wałach jasnogórskich oberwowaliśmy wejście  900-osobowej kolorowej pielgrzymki z Pelplina pełną młodzieży – Antosia od razu krzyknęła: „Mamo, za rok idę z Pelplińską!”. Sebastian natomiast po powrocie do domu zaczął przeglądać Amazona, by zaopatrzyć nas w automatyczną pompkę do materaca, żebyśmy „na przyszły rok byli lepiej przygotowani”. To doświadczenie dało im poczucie ogromnego sprawstwa i siły – wiedzą już, że choć krajobraz bywa monotonny, a nogi bolą, to mają w sobie wszystko, czego potrzeba, by iść dalej. 

Anna Burek: To doświadczenie zainspirowało córkę także do czegoś zupełnie nowego. Czy może Pani powiedzieć więcej o jej projekcie wydawniczym?

Magdalena Maśluk-Meller: To jest chyba najpiękniejszy owoc całej tej wyprawy – i szczerze mówiąc, zupełnie mnie zaskoczył. Antosia była tak poruszona tym, co przeżyłyśmy razem na szlaku, że postanowiła utrwalić to doświadczenie na swój własny sposób. Tak narodziła się kolorowanka dla dzieci – jej autorski projekt, który pokazuje pielgrzymkę oczami młodego człowieka, nie dorosłego. Myślę, że to jest właśnie ten moment, o którym mówiłam wcześniej – poczucie sprawstwa, które szlak daje na zawsze. Antosia nie wróciła do domu z pamiątką ze sklepu. Wróciła z historią, którą sama chciała opowiedzieć światu.

Anna Burek: Czego Pani, jako badaczka przyszłości i matka, nauczyła się o swojej rodzinie dzięki tej pielgrzymce, i czy planuje Pani powrót na szlak?

Magdalena Maśluk-Meller: Nauczyłam się, że na szlaku wszyscy jesteśmy „ludźmi w drodze”, gdzie hierarchia rodzic-dziecko zaciera się w obliczu wspólnego wysiłku i braku ładowarki do telefonu. Jako badaczka przyszłości na co dzień analizuję świat technologii, ale ta podróż przypomniała mi, że najważniejszą kompetencją przyszłości jest umiejętność budowania głębokich relacji w świecie offline.Książka powstała z potrzeby spisania tych historii, zanim umkną, i z nadzieją, że zainspiruje inne kobiety, by nie bały się fundować swoim dzieciom takich „analogowych” doświadczeń. Co do powrotu – mam ogromny apetyt, by pójść jeszcze raz, tak by historia zatoczyła koło. Skoro 30 lat temu poszłam dwa razy, to i teraz powinnam tak zrobić, zwłaszcza że teraz będziemy już mieli własną pompkę do materaca i swoich gospodarzy, którzy czekają na nas z otwartymi ramionami. 

Notka od autorki: Książka „Mamo, daleko jeszcze?” jest dostępna w systemie druku na żądanie na portalu Amazon. To opowieść o tym, jak 16 dni marszu może zmienić dynamikę nowoczesnej rodziny mieszkającej na co dzień w wielkim mieście.

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Berlin nie jest łatwym miastem

To miasto bywa trudne, nieprzewidywalne i rzadko wyściela przed kimś czerwony dywan. A jednak przyciąga miliony. O fascynacji chaosem, gentryfikacji i poszukiwaniu autentyczności w cieniu „złotych lat dwudziestych” z Dorotą Danielewicz, autorką książki „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi”, rozmawia Maciej Wiśniewski.

Czytaj więcej

Od trudnej historii do strategicznej wspólnoty interesów. Polska nie jest już „młodszym partnerem”

W tym roku mija 35 lat od podpisania polsko-niemieckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Choć rocznicowa debata w Bundestagu odbyła się przy niemal pustych ławach, jej ton był bezprecedensowy – wszystkie polityczne frakcje mówiły o relacjach z Polską jako strategicznych. O tym, jak dziś ewoluuje partnerstwo Warszawy z Berlinem, dlaczego brak zadośćuczynienia dla ofiar wojny wciąż rzuca cień na nasze stosunki oraz w jaki sposób Polska staje się obronnym i gospodarczym filarem dla Niemiec, opowiada szef polskiej ambasady w Niemczech, Jan Tombiński. Rozmawia Tomasz Kycia.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - lipiec 2026