„Każdy jest u nas mile widziany”
Adam Gusowski: Incognito Bar & Showpalast to dziś jedno z charakterystycznych miejsc na mapie Schönebergu. Skąd wzięła się ta nazwa?
Tomasz „Tina de Vinta”: Każdy zna znaczenie słowa „incognito”. Dla mnie oznacza ono, że każdy człowiek jest mile widziany, niezależnie od tego, kim jest. Warunek jest jeden – szacunek. Szacunek do innych ludzi, do miejsca i do tego, co tutaj tworzymy. Na tym właśnie opiera się tolerancja.
Co powinien wiedzieć ktoś, kto po raz pierwszy przekracza próg Incognito?
Przede wszystkim to, że tolerancja jest dla nas sprawą podstawową. Powtarzam to zawsze: tolerancja, tolerancja i jeszcze raz tolerancja. W tygodniu jestem Tomaszem i zajmuję się codziennym prowadzeniem lokalu. W weekendy pojawia się Tina de Vinta.
Zdarzało się, że ktoś komentował w nieprzyjemny sposób fakt, że mężczyzna występuje na scenie w kobiecej stylizacji. Takie osoby po prostu wypraszam. Nie robię nikomu krzywdy. Występuję, bawię ludzi i daję im trochę rozrywki.
Małe Hollywood w sercu Berlina
Dziś Incognito przypomina mały teatr: scena, światła, lustra i profesjonalne nagłośnienie. Tak było od początku?
Nie. Na początku występowałem na środku lokalu. Nie było sceny ani profesjonalnego oświetlenia. Podczas jednego z pierwszych występów korzystałem nawet z lampy budowlanej, żeby było cokolwiek widać.
Przez lata stopniowo inwestowaliśmy w to miejsce. W 2017 roku razem z przyjaciółmi doszliśmy do wniosku, że potrzebny jest generalny remont. Zaczęliśmy odkładać pieniądze, a w 2019 roku całkowicie przebudowaliśmy lokal.
To było spełnienie marzenia?
Tak. Kiedy przyjechałem do Berlina i zobaczyłem tutejszą scenę drag oraz gejowskie życie nocne, od razu pomyślałem, że chciałbym stworzyć miejsce, w którym jest tolerancja, występy i dobra zabawa. Takie małe Hollywood.
„Berlin był zupełnie innym światem”
Przyjechałeś tutaj w 2000 roku. Jak zapamiętałeś tamten Berlin?
Dla chłopaka ze Szczecina był to zupełnie inny świat. Berlin wydawał mi się miejscem otwartym i tolerancyjnym.
Pamiętam Schöneberg i Motzstraße sprzed lat. Lokale były otwarte, ludzie nie ukrywali się. Pary jednopłciowe siedziały w kawiarniach czy restauracjach i nikogo to nie dziwiło. Dla mnie było to coś nowego.
Czy właśnie to zdecydowało o przeprowadzce?
Tak. Już podczas pierwszych wizyt pomyślałem, że chcę tutaj zostać. Berlin dawał mi poczucie swobody, którego wcześniej nie znałem.
„Każdego klienta trzeba było zdobyć”
Jak narodził się pomysł na własny lokal?
Po przyjeździe do Berlina poznałem partnera. W 2001 roku zawarliśmy związek partnerski, a kilka lat później prowadziliśmy wspólnie lokal w Schönebergu. To był czas zdobywania doświadczenia i odkładania pieniędzy.
Po rozstaniu w 2009 roku znajomi poinformowali mnie, że lokal, w którym dziś mieści się Incognito, jest do przejęcia. Uznałem, że warto spróbować.
Łatwo nie było?
Nie było. Trzeba było zapłacić odstępne, urządzić lokal po swojemu i zacząć budować wszystko od zera. Przez pierwszy rok walczyliśmy o każdego klienta.
Zawsze powtarzam, że gastronomia wymaga ogromnych wyrzeczeń. Przez kilka pierwszych lat człowiek żyje właściwie tylko pracą.
„Największą nagrodą są oklaski”
Co po szesnastu latach daje Ci największą satysfakcję?
Ludzie. Ich reakcje i oklaski. To moment, kiedy wiem, że udało mi się dać komuś odrobinę rozrywki i oderwać go od codziennych problemów.
Dlatego podczas remontu postawiłem nie tylko na wygląd lokalu, ale też na jakość techniczną. Dźwięk, światło i nagłośnienie są ważną częścią każdego show.
Narodziny Tiny de Vinty
Jak wygląda przemiana Tomasza w Tinę de Vinta?
To długi proces. Zaczyna się już w domu od przygotowań, a później przenosi się do garderoby. Najwięcej czasu poświęcam makijażowi. Potrafię zrobić go w godzinę, ale najbardziej lubię mieć na to około dwóch i pół godziny. To moment tylko dla mnie.
„Tak jak malarz tworzy obraz, tak ja tworzę postać. Za każdym razem makijaż wygląda inaczej.”

Kiedy pojawia się Tina?
Najpierw jest makijaż, później sukienka i biżuteria. Ale nadal czuję się trochę pomiędzy Tomaszem a Tiną.
Dopiero kiedy zakładam perukę, następuje pełna przemiana. Wtedy Tomasza już nie ma. Jest Tina de Vinta.
To naprawdę dwie różne osoby?
To dwa różne charaktery. Tomasz jest bardziej nieśmiały i mniej otwarty. Tina jest odważniejsza, bardziej szalona i pozwala sobie na rzeczy, których Tomasz by nie zrobił. Dotyczy to zwłaszcza sceny i kontaktu z publicznym odbiorcą.
Dom dla tych, którzy przychodzą sami
W Incognito osobiście witasz niemal każdego gościa.
Bo pamiętam, jak sam przyjechałem do Berlina. Nie znałem ludzi ani miejsc. Często siedziałem sam przy barze.
Dlatego od początku chciałem stworzyć miejsce, w którym nikt nie będzie czuł się obco. Rozmowa jest bardzo ważna. Chcemy, żeby każdy czuł się tutaj mile widziany.
Jeśli ktoś przychodzi sam, staramy się go włączyć do rozmowy, zaprosić do wspólnego stolika. Chodzi o stworzenie atmosfery wspólnoty.
„My nie robimy nikomu krzywdy”
Twój wyjazd do Berlina był też poszukiwaniem miejsca, w którym możesz być sobą?
Tak. Właśnie dlatego wyjechałem ze Szczecina.
Do dziś nie rozumiem, dlaczego ludzi tak bardzo interesuje to, czy ktoś jest gejem czy lesbijką. Przecież nie robimy nikomu krzywdy. Chcemy po prostu żyć i być szczęśliwi.
Sukienki, które kończą się w połowie lokalu
Po tylu latach wciąż masz nowe marzenia?
Oczywiście. Każdy artysta marzy o większych scenach, większych kostiumach i nowych wyzwaniach.
Niedawno zamówiłem suknię do numeru „Viva España”. Standardowy tren ma zwykle półtora lub dwa metry. Mój będzie miał pięć metrów.
Krawcowa złapała się za głowę i zapytała: „Dasz radę?”. Odpowiedziałem, że tren ma kończyć się mniej więcej w połowie lokalu.
Skąd bierzesz pomysły?
Z wyobraźni. Najpierw pojawia się obraz w głowie. Potem jadę po materiały i tłumaczę krawcowej, co chciałbym zobaczyć na scenie.
„Czasem warto wejść do bajki”
Choć na co dzień jest Tomaszem, w weekendy zamienia się w Tinę de Vinta i zaprasza gości do świata świateł, muzyki i scenicznych emocji.
– Chciałbym, żeby ludzie choć na chwilę oderwali się od codzienności – mówi na zakończenie. – Nie każdy musi wychodzić na scenę. Czasem wystarczy przyjść, usiąść, pośmiać się i dobrze spędzić czas. Świat drag nie jest niczym złym. Jesteśmy tutaj po to, żeby dawać ludziom radość.
Rozmawiał: Adam Gusowski


