Tomasz Kycia: Martin, zacznijmy od konkretu. Słyszysz alarm i… ile masz czasu na ubranie się i wyjazd?
Martin Zawodzinski: Dokładnie 90 sekund.
Naprawdę? To wymóg regulaminowy czy Twoja osobista ambicja?
To przepis. Mamy dokładnie półtorej minuty na to, by założyć kompletny mundur bojowy, buty, kask, wskoczyć do wozu i wyjechać z bazy. Czasu jest naprawdę niewiele.
Przenosisz to tempo do życia prywatnego? Rano też zbierasz się w półtorej minuty?
(śmiech) Nie, prywatnie potrzebuję rano przynajmniej pięciu minut, żeby wypić kawę, umyć zęby i wyjść z domu. Ale to prawda – pewne nawyki szybkiego działania i organizacji wchodzą w krew na całe życie.
Czy zostając strażakiem, spełniłeś dziecięce marzenia?
Zdecydowanie tak. Odkąd pamiętam, od kiedy skończyłem 6 czy 7 lat, moim największym marzeniem było noszenie munduru strażackiego. Dziś służę w zawodowej straży pożarnej w Berlinie, czyli w największej tego typu jednostce w Niemczech. Spełniłem to marzenie w stu procentach.
Od dziecięcej pasji do ciężkiej służby
Co jest prawdziwą motywacją do tej pracy? Chęć jazdy na sygnale, imponowanie innym, bycie bohaterem czy coś zupełnie innego?
Gdybyś zapytał mnie o to parę lat temu, pewnie odpowiedziałbym inaczej. Dziś wiem, że to po prostu moja życiowa pasja. Bycie strażakiem w Berlinie to coś, co definiuje moje życie – tak było, jest i będzie.
A ta jazda na sygnale? Po latach wciąż ekscytuje, czy raczej męczy, gdy w wozie jest głośno?
Bywa to stresujące, ale największym problemem nie jest sam hałas, lecz potwornie zakorkowane ulice Berlina. Przedzieranie się przez ten gąszcz to ogromne wyzwanie. Próbujemy tworzyć korytarze życia, ale bywa, że i my musimy chwilę odstać w kolejce, mimo włączonych syren.
Pamiętasz swoją pierwszą akcję?
Tak, doskonale. Służyłem wtedy jeszcze w ochotniczej straży pożarnej w dzielnicy Spandau. Zdarzyła się sytuacja jak z klasycznej książki dla dzieci – kot utknął zimą na drzewie. Ściąganie go zajęło nam prawie godzinę.
Dziś też jeździcie do takich zgłoszeń?
Już nie, przepisy i procedury się zmieniły. Gdy ktoś dzwoni z takim zgłoszeniem, czasami półżartem pytamy, czy widział kiedyś na drzewie szkielet kota. Zazwyczaj odpowiadają, że nie – koty w końcu same schodzą. Od takich spraw są teraz inne służby porządkowe.
Mówisz świetnie po polsku, choć urodziłeś się w Niemczech. Jaka jest Twoja historia?
Moi rodzice pochodzą z Polski – z okolic Gorzowa i Lublina. Wyemigrowali do Berlina na początku lat 80. Ja miałem to szczęście, że urodziłem się już tutaj, w 1986 roku, na Spandau.
I to tam narodziła się ta miłość do straży?
Właściwie to w dwóch miejscach. Kiedy jako dziecko jeździłem na wakacje do dziadków do Polski, naprzeciwko ich domu stała remiza OSP. Co tydzień wyły syreny, bo strażacy mieli ćwiczenia. Zawsze biegłem na drugą stronę ulicy, żeby popatrzeć na wozy. Z kolei w Berlinie miałem do najbliższej jednostki jakieś trzy kilometry. Gdy tylko jeździłem na rowerze, zawsze tam zaglądałem. Moje serce po prostu tam zostało. Gdy skończyłem 11 lat, zapisałem się do młodzieżowej drużyny pożarniczej.
To bardzo wcześnie! Co takie dzieci robią w straży pożarnej?
Oficjalnie można zacząć od 10. roku życia, a w niektórych jednostkach OSP nawet od ósmego. Co robimy? Przede wszystkim świetnie się bawimy i uczymy pracy zespołowej. Latem jeździliśmy na obozy po całej Europie – byłem w Czechach, Finlandii, Szwecji czy Polsce. Obok zabawy, krok po kroku, poznawaliśmy sprzęt, taktykę i technikę. Praca w grupie to podstawa. Samemu można zrobić niewiele, ale jako zespół jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko.
Służby specjalne i 36-tonowe giganty
Jak wygląda Twój klasyczny dany dzień na służbie?
Zaczyna się od… golenia. Każdy strażak musi być gładko ogolony. To kwestia bezpieczeństwa – jeśli masz zarost, maska aparatu tlenowego nie będzie idealnie przylegać do twarzy i tlen może uciekać. Służbę zaczynamy odprawą i przekazaniem dyżuru najpóźniej o 7:00 rano. Potem pijemy szybką kawę, robimy szczegółowy przegląd wozów i sprzętu, a później przechodzimy do ćwiczeń i szkoleń. Oczywiście alarm może wyć w każdej chwili – wtedy natychmiast rzucamy wszystko. Dyżury trwają po 12 godzin, zarówno w dzień, jak i w nocy.
Jak otrzymujecie wezwania?
Każdy z nas ma indywidualny pager, zaprogramowany pod konkretną funkcję, którą pełni na danej zmianie. Urządzenie nie tylko pika, ale wręcz „rozmawia” z nami – wyświetla i przekazuje głosowo informacje o tym, co i gdzie się stało.
Pracujesz w sekcji technicznej ratownictwa specjalnego (Technische Hilfeleistung). Czym dokładnie się zajmujecie?
Jeżdżę m.in. specjalistycznym dźwigiem ratowniczym, który waży aż 36 ton. Moja rola wymaga ogromnej koncentracji. Muszę na pamięć znać topografię miasta, wiedzieć, pod którymi wiaduktami się zmieszczę i które mosty utrzymają taki tonaż. Czasami na wozie jadę tylko ja i dowódca, a czasami – przy ciężkich samochodach ratownictwa technicznego – jedziemy w czteroosobowym zespole.
To sprzęt do zadań specjalnych.
Zgadza się. Wyjeżdżamy tam, gdzie możliwości techniczne i sprzętowe zwykłych jednostek gaśniczych się kończą. Nasza praca zaczyna się przy najtrudniejszych zdarzeniach: wypadkach z udziałem tirów, katastrofach kolejowych czy incydentach z substancjami chemicznymi. Do dyspozycji na naszej bazie mamy ponad 30 wysoce wyspecjalizowanych pojazdów.
Warto wiedzieć:
Choć dysponujemy najnowocześniejszą technologią, borykamy się – jak cała branża – z brakami kadrowymi. Dlatego gorąco zachęcam każdego, kto chciałby spróbować swoich sił, do odwiedzenia strony internetowej Berlińskiej Straży Pożarnej i złożenia dokumentów. Może za jakiś czas spotkamy się na służbie!
Nowoczesność, która wraca do korzeni
Wspomnieliśmy o jubileuszu 175-lecia. Jak bardzo zmieniła się ta służba od 1851 roku?
Zmieniła się diametralnie pod kątem wiedzy i technologii, ale co ciekawe, w pewnych aspektach zatoczyliśmy koło. Kiedy Ludwig Scabell zakładał w Berlinie pierwszą zawodową straż pożarną w Niemczech, na wyposażeniu były już m.in. pojazdy o napędzie elektrycznym. Kilka lat temu berlińska straż ponownie zaczęła wprowadzać elektryczne wozy bojowe do swojej floty. Wracamy więc do korzeni, korzystając z najnowszych osiągnięć techniki.
175 lat temu strażacy nie jeździli też chyba do rannych jako pogotowie ratunkowe?
To prawda. Dzisiaj w Berlinie każdy strażak przechodzi zaawansowane szkolenie medyczne, a wielu z nich ma pełne kwalifikacje paramedyczne. Berlin jest pod tym względem wyjątkowy na mapie Niemiec – na mocy umowy z Senatem to właśnie straż pożarna w głównej mierze odpowiada za ratownictwo medyczne w mieście, ściśle współpracując z organizacjami takimi jak Czerwony Krzyż czy Zakon Maltański.
O jakiej skali działań mówimy? Masz w głowie roczne statystyki?
Tak, te liczby są porażające. W latach 2024 i 2025 odnotowywaliśmy ponad 530 tysięcy wyjazdów rocznie – zarówno do pożarów, wypadków, jak i wezwań medycznych. To oznacza średnio jeden wyjazd na minutę, nie tylko w samym Berlinie, ale i w Brandenburgii, z którą mamy podpisane umowy o wzajemnej pomocy. Z roku na rok liczba ta rośnie o kolejne 7–10%.
„Stop przemocy wobec ratowników”
Do studia przyszedłeś w skórzanej kurtce z naszywkami międzynarodowego stowarzyszenia motocyklowego „Red Knights” (Czerwoni Rycerze). Co to za organizacja?
To największy na świecie klub motocyklowy zrzeszający strażaków i ich rodziny. Łączy nas wspólna pasja: miłość do munduru i do motocykli. To wielka, międzynarodowa rodzina, w której wspieramy się jak bracia i siostry.
Pod koniec lipca zorganizowaliście w Berlinie wielki przejazd motocyklowy pod hasłem „Keine Gewalt gegen Einsatzkräfte” (Stop przemocy wobec ratowników). Dlaczego ta inicjatywa jest dla Was tak ważna?
To była dla nas kluczowa akcja. Chcieliśmy głośno zaprotestować przeciwko rosnącej agresji wobec służb ratowniczych. Statystyki są bezlitosne – tylko w ubiegłych latach odnotowaliśmy setki przypadków fizycznych i słownych napaści na strażaków oraz ratowników medycznych w samym Berlinie. Policja rejestruje w związku z tym setki przestępstw. Jako Red Knights zorganizowaliśmy taki przejazd już po raz piąty, łącząc go z 10-leciem naszego klubu. Udało nam się zgromadzić setki motocykli i przejechać trasą od Stadionu Olimpijskiego, przez Kurfürstendamm, Potsdamer Platz, East Side Gallery, aż po Alexanderplatz. Chcieliśmy pokazać jedność i zwrócić uwagę społeczeństwa na ten palący problem.
Co czuje strażak, który jedzie komuś ratować życie, a na miejscu spotyka się z agresją?
To niezwykle trudne emocjonalnie. Jedziesz tam z jedną myślą: nieść pomoc. Kiedy spotykasz się z wrogością, staramy się działać profesjonalnie, deeskalować napięcie i zachowywać bezpieczny dystans. Niestety, coraz częściej musimy wzywać na asystę policję, bo agresorzy nie pozwalają nam wykonywać naszej pracy.
Co jako społeczeństwo powinniśmy wiedzieć o strażakach, żeby ułatwić Wam służbę?
Chciałbym, żeby ludzie pamiętali o jednym: strażak to po prostu przyjaciel, bardzo otwarty człowiek, który zawsze chce pomóc. Bez względu na to, czy jesteś w Niemczech, w Polsce, czy w Ameryce – jeśli masz problem, podejdź i zapytaj. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by Ci pomóc.
Martin, życzę Ci w takim razie bezpiecznych powrotów ze służby i jak najmniej agresji na ulicach. Dziękuję za rozmowę.
Bardzo dziękuję za możliwość opowiedzenia o naszej pracy i o pasji Czerwonych Rycerzy. Do zobaczenia na drogach!


