bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton sierpień

Trochę się boję, że może ktoś oskarży mnie o plagiat. Że może ktoś już coś podobnego słyszał, coś takiego widział, gdzieś o tym już czytał. Że to banał. Że nic nowego. Zaryzykuję jednak, bo nic przecież złego w byciu zupełnie niewyjątkowym. A im bardziej historia uniwersalna, tym więcej osób się z nią utożsami.

Dziwne więc, że w tych szalonych czasach, wszyscy bez wyjątku starają się być wyjątkowi tak samo i lubią tych, co podobnie do nich wyjątkowi za wszelką ceną chcą być. Nikt nie chce już być zwyczajnie normalny. No nic, parkujemy ten teat na razie, jak to mawia mój szef, zajmiemy się nim innym razem, a dziś już pędzimy w kierunku meritum i to nie zwykłym międzymiastowym, ale ICC, na którym nie pojedziesz na Deutschland Ticket ani na karcie dużej rodziny.

Jedziemy bowiem składem kolejowym o romantycznej nazwie zaczerpniętej z polskiej prozy, na trasie Śląsk (ten opolski) – Berlin, co samo w sobie wcześniejszemu pokoleniu wydawało się na pewno mało romantyczne, a mojemu – bo się nam już swobodnie i we wszystkich kierunkach w głowach i innych częściach ciała poprzewracało – ta podróż rozklekotanym pociągiem wydaje się nostalgiczna, cool i pozwalająca na zasmakowanie słów life. No cóż, słów na pewno mimo że pospieszny, i choć jest to pociąg daleki od tego do kultury, to, olaboga, ile tu się dzieje! Nie sposób się tym z Państwem nie podzielić. A jeśli już podobne historie Waszych uszu kiedyś doszły – jak mówiłam, nasza kolej (losów) łączy a nie dzieli.

Przedział sześcioosobowy, siedzi nas już siedmioro i jeden stoi – sytuacja jak z zadania maturalnego na szóstkę, tylko że ten egzamin z dojrzałości oblewamy wszyscy. Nikt nie chce ustąpić, zaczyna się więc szarpanie obszarpanych i wypchanych kieszeni, przeglądanie folderów z pobranymi dokumentami na małych telefonach, machamy dumnie swoimi biletami i już wkrótce okazuje się, że stają się czymś więcej niż dowodem zakupu miejscówki. Pan wypieprza, bo ma akcent, co mi tu będzie podskakiwał.

Oblewam ten egzamin tak, jak inni, dodatkowo oblana rumieńcem wstydu wstaję i ja – kieruję się tam, gdzie wszyscy, którym przedział chamów/ściągniętych butów/kanapek z jajkiem się trafił – staję w kolejce po napój, bo wypada jednak za miejsce z papierowym obrusikiem odpowiednio zapłacić. Kolejka pęcznieje, wydłuża się zamiast skracać, zawija się już łączeniem między wagonami, ogonkiem zahacza o toalety. Napoje wstrzymane, pierogi wstrzymane, batonika zbożowego nie kupisz, oranżady z Bolkiem ani Lolkiem toże niet. Stoimy w dziwnym letargu, patrząc na osobę obsługi błagalnym wzrokiem i już nie ode napitki chodzi, ale o jakiekolwiek wyjaśnienie, uchylenia rąbka tajemnicy, puszczenie oczka, poniesienie brwi – cokolwiek, co dopuści nas do tajemnej wiedzy. Ale nie. Przerwa. Przecież widać. Skończy się jak się skończy.

Już chciałam się odezwać, ale czuję czułe poklepywanie po plecach – zanim zdążę się zorientować, że jeśli po empatię, to w złej kolejce stoję, słyszę bilety do kontroli wykrzyczane do lewego ucha. Przyciasny mundurek i kolorowy krawat, a przy pasie ultranowoczesny czytnik, mający w ułamku sekundy skanować kody QR z naszych smartfonów, oczywiście odmawia posłuszeństwa dokładnie przy moim ekranie. Zamiast szybkiego „pik” następuje dramatyczna pauza, po czym konduktor, z westchnieniem godnym greckiego tragika, zaczyna ręcznie przepisywać dwudziestocyfrowy numer rezerwacji, rzucając mi spojrzenie, jakbym to ja osobiście ten system sabotowała. Wokół nas natychmiast zawiązuje się społeczny komitet doradczy: ktoś radzi rozjaśnić ekran, ktoś inny proponuje przetrzeć go rękawem, a pan z tyłu z satysfakcją mruczy czule: Za komuny to były kartoniki i wszystko działało.

I tak oto, pędząc z zawrotną prędkością przez polskie pola w stronę wielkiego Berlina, uświadamiam sobie jedno: szukajcie sobie ten wyjątkowości, mieszając domu matchę, chodząc na kursy tantry i ubierając się w vintage ciuszki z second-handów z szmatami za miliony, robiąc sobie rok przerwy w pracy na odnalezienie siebie. My wyjątkowość dostajemy w PKP w cenie miejscówki. Każda podróż ku nadmuchanej wydmuszce rozbija się o nasze swojskie rafy – brak pierogów, kłótnię o miejscówkę i wiecznie zawieszony system. Może to i banał, ale w tym całym przedziałowym chamstwie, w narzekaniu i staniu w nieskończonych kolejkach do zepsutej toalety, kryje się nasza najprawdziwsza, narodowa wspólnota. Bo nic tak ostatecznie nie jednoczy ludzi, jak świadomość, że wszyscy jedziemy na tym samym, opóźnionym wózku. I wspólny wróg.

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Toksyczne sekrety zamożnych domów (Cz. 2)

W poprzednim wydaniu „KONTAKTY Berlin” pisaliśmy o przerażającym mechanizmie tzw. limerencji – chemicznego otumanienia dorosłych nowym romansem, w którym rodzone dziecko zaczyna być traktowane jak logistyczna przeszkoda. Przytoczyliśmy drastyczne przypadki z Niemiec, gdzie zaślepienie nowym partnerem całkowicie wymazało instynkt macierzyński. Jako detektywi działający na osi Warszawa–Berlin (detektywdomanski.pl / detektivdomanski.de) musimy jednak podkreślić: ten syndrom nie zna granic państwowych, a najgorszy mrok potrafi kryć się za fasadą absolutnego luksusu i pozornego porządku.

Czytaj więcej

Czerwona papryka

Warzywo niby powszechnie znane i chyba wszyscy wiedzą, jak z niego czerpać pełnymi garściami. Tymczasem warto przyjrzeć się temu, co w czerwonej papryce się znajduje, bo okazuje się, że zyska na tym cały organizm. Sprawdźmy, dlaczego warto zjadać czerwoną paprykę, nie tylko w sezonie, ale przez cały rok.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - sierpień 2026