bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton kwiecień

Nie chcę zabrzmieć jak własna babcia, ale przyznaję, że kiedy patrzę na to, jak szybko zmienia się nasz świat, czuję dziwny miks fascynacji i lekkiego niepokoju. To nie jest ten paniczny lęk przed nieznanym, który miałam w wieku dwudziestu lat, wyobrażając sobie, że w 2020 roku będziemy poruszać się za pomocą wszędobylskich ruchomych taśm i schodów. Jest to raczej przerażenie związane z tym, że zupełnie niezauważalnie wprowadzane są w nasze życie zmiany, które wkraczają w codzienność maleńkimi kroczkami, a dopiero po czasie okazuje się, że były motorem dla zmian o 180 stopni.

Właśnie to stało się z tematem sztucznej inteligencji. Z dnia na dzień przestała ona być tematem z filmów sci-fi, które oglądałam z wypiekami na twarzach jako dziecko. W zamian za to stała się codziennym  asystentem moich działań. Podpowiada mi drogę, kiedy jadę na spotkanie, poprawia maile do klientów, sprawdza przecinki, pogodę i makroskładniki. Zbiera skrzętnie dane na mój temat, by wieczorem podpowiedzieć formę rozrywki: podrzuca polecaj filmów, zapętla preferowany rodzaj muzyki relaksacyjnej, wrzuca w kolejkę podcasty na tematy, które jeszcze nie wiem, że mogą mnie zainteresować. 

Super, co za wygoda! Co za ułatwienie. Cóż za optymalizacja! Tylko czasem, kiedy dzięki tej szalonej optymalizacji, mam dłuższą chwilę dla siebie zaczynam się zastanawiać: czy w pogoni za optymalizacją wszystkiego, nie gubimy po drodze tego, co w nas najbardziej wartościowe? Sztuczna inteligencja jest irytująco doskonała. Nie myli się w obliczeniach, nie ma gorszych dni, nie potrzebuje urlopu ani trzeciej kawy. Ale w tej jej bezbłędności jest coś sterylnego, co mnie odpycha.

Dla mnie bycie człowiekiem to przede wszystkim prawo do błędu i całe spektrum niedoskonałości. To ten moment, gdy zmieniam zdanie pod wpływem czyjegoś spojrzenia. To intuicja, której nie da się zapisać w kodzie binarnym. To fakt, że potrafię poczuć więź z kimś zupełnie obcym tylko dlatego, że zaśmiał się z tego samego żartu w kolejce po chleb. Algorytm „wie”, co mi się spodoba, bo przeanalizował moje dane. Ale on nie ma pojęcia, dlaczego akurat ta konkretna piosenka sprawia, że mam ciarki na plecach. On przetwarza dźwięk, ja przeżywam ponownie pierwsze kolonie wraz ze wszystkimi plusami i minusami wakacyjnego wyjazdu.

Maszyna może wygenerować tysiąc porad na temat złamanego serca, ale nigdy nie zrozumie, co to za uczucie czekać aż ON w imieniny godziny puści sygnałek na starą nokię. Może opisać nuty zapachowe perfum polecanych na lato, ale nie ma pojęcia, jak pachniały one na Tomku z IIIC dwadzieścia lat temu.  Może rozwiązać dla mnie dylemat związany z życiem towarzyskim, ale nie ogarnie kompleksowości uczuć, które towarzyszą rozczarowaniu, lojalności i poczuciu obowiązku. A to przecież w tych nieuchwytnych momentach, tam gdzie pojawia się wybór dyktowany sercem, a nie statystyką, pojawia się prawdziwe człowieczeństwo. 

Boję się, że oddając coraz więcej decyzji cyfrowym asystentom, powoli stajemy się… leniwi emocjonalnie. Wierzę, że nasza „ludzka marka” to nie inteligencja (na pewno nie u wszystkich!), ale nasza zdolność do bycia nielogicznym, kruchym i pełnym pasji. Może zamiast ścigać się z AI na spryt, powinniśmy skupić się na tym, by pozostać ludźmi w świecie, który coraz bardziej przypomina chłodny proces zero-jedynkowy. Bo to nie perfekcja czyni nas wyjątkowymi, ale te wszystkie nasze pęknięcia i blizny, których żaden algorytm nigdy nie zdoła podrobić.

Dlatego czasem, zamiast klikać w kolejną „idealnie dopasowaną” propozycję od algorytmu, mam ochotę zrobić coś kompletnie nielogicznego. Kupić płytę winylową tylko dlatego, że ma ładną okładkę, albo zgubić się w mieście, bo zamiast wpatrywać się w niebieską kropkę na mapie, wolałam spojrzeć w górę na stare kamienice. Chcę pielęgnować w sobie tę przestrzeń na przypadek, na błąd, na zachwyt czymś, co nie przeszło przez filtr optymalizacji. Boję się, że jeśli pozwolimy maszynom wygładzić wszystkie kanty naszej codzienności, to obudzimy się w świecie tak sterylnym, że aż nieludzkim – świecie, w którym wszystko działa bez zarzutu, ale nic już nie przyprawia o szybsze bicie serca. A bez tego, po co to wszystko? 

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Karkówka wieprzowa po królewsku

Jeśli ktoś myśli że królowie jadali tylko bażanty, combry z jelenia czy słowicze języki jak np. Neron to się myli. Polski król Władysław Jagiełło bardzo lubił pieczyste z dzika, więc my w myśl tradycji z braku dziczyzny posłużymy się wieprzowinką.
Różnice w przygotowaniu są „niewielkie”, na dworze królewskim ilości i wielkość potraw przygotowywanych przez kucharzy przechodzi nasze wyobrażenie, no i mięso dzika musiało trochę skruszeć, dłużej niż nasza wieprzowinka. Nam wystarczy doba w marynacie. Trzeba też zaznaczyć że dzisiejsze przyprawy i produkty różnią się znacząco od tych dawnych ale sam proces pieczenia i przygotowywania nie uległy wielkim zmianom. Zapraszam zatem na królewskie dania z mięsa „hodowlanego”.

Czytaj więcej

Magdalena Parys: Berlin mnie denerwuje, ale to moje miasto

Kocham Warszawę i kocham Gdańsk. Chciałabym zrozumieć Polskę lepiej, ale zawsze będę wracała do Berlina, bo to moje miasto – mówi Magdalena Parys w rozmowie z COSMO po polsku. W Polsce ukazała się najnowsza książka pisarki „Floren”, a w Niemczech niemieckie wydanie głośnego „Księcia”.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - maj 2026