bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Jak kręcimy, tak nas widzą. O filmowym wrześniu pod znakiem polskiego kina. 

We wrześniu berlińskie kina zaserwowały widzom polskość w każdej odsłonie – od czerni i bieli po pełny kolor. Retrospektywy i konkurs filmPOLSKA pozwalały zerknąć w przeszłość i poznać nowe polskie kino, a „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, która kilka dni wcześniej weszła do niemieckiej dystrybucji, dorzucała do tego zestawu spojrzenie z zewnątrz. Kto podążył tym tropem, przeszedł przyspieszony kurs historii i wiedzy o społeczeństwie – a przy okazji niezłe ćwiczenie z krytycznego myślenia.

„Ojczyzna”: koniec trylogii, początek sporu

O „Ojczyźnie” w Polsce głośno już było. Film zamyka nieformalną, czarno-białą trylogię Pawlikowskiego, którą otworzyła nagrodzona Oscarem „Ida” (2013), a rozwinęła doceniona w Cannes „Zimna wojna” (2018). O ile jednak tamte dwa filmy opowiadały o Polsce – o klasztornej sierocie odkrywającej żydowskie korzenie i o miłości rozrywanej przez żelazną kurtynę – o tyle „Ojczyzna” po raz pierwszy przenosi tę samą wrażliwość artystyczną reżysera na grunt niemiecki. Rzecz dzieje się w 1949 roku: noblista Tomasz Mann wraz z córką Eriką, dawną korespondentką wojenną, jedzie czarnym buickiem przez rozbity kraj – od kontrolowanego przez Amerykanów Frankfurtu po sowiecki Weimar, gdzie ma świętować dwusetną rocznicę urodzin Goethego. W tle: podział Niemiec na dwie strefy wpływów, poczucie wstydu i wygnania, pytanie, czym w ogóle jest dziś „ojczyzna” dla kogoś, kto swój kraj musiał zostawić.

Film miał premierę w konkursie głównym 79. MFF w Cannes, gdzie Pawlikowski otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię – drugą w karierze po tej za „Zimną wojnę” w 2018 roku. Międzynarodowa krytyka przyjęła „Ojczyznę” entuzjastycznie: „The Guardian” dał pięć gwiazdek na pięć, nazywając film „niezwykle elegancką, wyważoną historyczną winietą”, podobnie ocenił go „The Times”, a „Deadline” pisał wprost o „mistrzowskiej klasie w dyscyplinie artystycznej”. W Niemczech, gdzie film otworzył czerwcowy Filmfest München, a we wrześniu wszedł do regularnej dystrybucji (Neue Visionen – ten sam dystrybutor, który przywiózł do Berlina „Chopina” na otwarcie filmPOLSKA), przyjęcie było ciepłe, choć bardziej stonowane: recenzenci chwalili zdjęcia Łukasza Żala i aktorstwo Sandry Hüller i Hannsa Zischlera, zwracając jednak uwagę, że reżyser „robi tym razem o numer mniejszy” obraz niż w „Idzie”.

W Polsce przyjęcie „Ojczyzny” było podzielone jak kraj w trakcie wyborów – część krytyków mówiła wprost o „składance największych przebojów” Pawlikowskiego.Pojawiły się recenzje, w których krytycy pisali o wtórności wobec „Idy” i „Zimnej wojny” – ten sam format 4:3, ta sama czerń i biel, nawet ten sam typ samochodu w kadrze – oraz o „pustej elegancji”, chłodnej formie bez emocjonalnego rdzenia. 

Co ciekawe, ten spór o „Ojczyznę” – arcydzieło czy powtórka z rozrywki – sam w sobie jest częścią odpowiedzi na pytanie, czym dziś jest polskie kino w oczach świata. Pawlikowski, wcześniej portretujący traumy Polski, tym razem użycza swojego chłodnego, kontemplacyjnego stylu opowieści o niemieckiej pamięci – i to właśnie ten gest, polski reżyser i polski operator patrzący na Niemcy z zewnątrz, a jednocześnie od środka, nadał berlińskiej premierze dodatkowy ciężar.

Kino po sąsiedzku: jaki obraz Polski pokazała filmPOLSKA

Na tym tle program filmPOLSKA wypadł niemal jak kontrapunkt. Zamiast jednego wielkiego, eksportowego gestu – kilkanaście filmów, które razem składają się na znacznie bardziej wielogłosowy, niewygładzony obraz kraju. I to jest chyba najważniejsza obserwacja tego wydania: polskie kino, które ogląda dziś Berlin, coraz rzadziej opowiada o Polsce jako o ofierze historii, a coraz częściej – o Polsce, która zmaga się sama ze sobą, tu i teraz.

Widać to w sekcji konkursowej, gdzie młodzi twórcy sięgają po tematy, które jeszcze dekadę temu rzadko trafiały na duży ekran. „Dziecko z pyłu” Weroniki Mliczewskiej to dokument o Wietnamczyku odkrywającym swoją amerykańską rodzinę – kino o tożsamości rozproszonej między kontynentami, w którym Polska pojawia się tylko jako punkt odniesienia, a nie temat główny. „Silver” Natalii Koniarz przygląda się bolesnym skutkom globalnej gospodarki w boliwijskim Potosí. To sygnał, że młode polskie kino dokumentalne coraz odważniej wychodzi poza granice kraju, zachowując przy tym bardzo osobisty sposób patrzenia.

Tam, gdzie kamera zostaje w Polsce, obraz bywa za to surowy. „Dom” Wojciecha Smarzowskiego, pokazany w sekcji „Sytuacje ekstremalne”, to mroczny portret przemocy domowej – reżyser, który od lat nie oszczędza polskiej prowincji, ponownie odmawia łatwych pocieszeń. „Brat” Macieja Sobieszczańskiego pokazuje biedę i desperację młodego sportowca, a „Ministranci” Piotra Domalewskiego – czwórkę nastolatków, którzy na własną rękę wymierzają sprawiedliwość, bo nie ufają dorosłym instytucjom. To nie jest kino martyrologii – to kino nieufności wobec systemu, patrzące na współczesną Polskę bez sentymentu, ale i bez cynizmu.

Ciekawym uzupełnieniem była sekcja „Dwa serca. Berlin – Warszawa”, przygotowana z okazji 35-lecia partnerstwa obu stolic. Trzy filmy fabularne – „Erupcja” Pete’a Oha, „Powiedz mi, co czujesz” Łukasza Rondudy i zmysłowe „Photosensitive” Tadeusza Śliwy – pokazały Warszawę nie jako scenerię historii, lecz jako zwyczajne, współczesne miasto relacji i codziennych dramatów miłosnych. To istotna zmiana optyki: przez dekady polskie kino eksportowe kojarzyło się w Niemczech przede wszystkim z wojną, Zagładą i komunizmem. „Powiedz mi, co czujesz” opowiada po prostu o dwojgu artystach, którzy nie potrafią się porozumieć – i to właśnie ten rodzaj uniwersalnej, pozahistorycznej opowieści najsilniej rezonował z berlińską publicznością, sądząc po dyskusjach po pokazach. 

Sekcja ta nie była zresztą odosobnionym gestem – wpisywała się w szerszy program obchodów pod hasłem „Bliżej niż myślisz. Näher als du denkst”, prowadzony przez cały wrzesień na stronie berlinwarszawa.eu z okazji 35-lecia miejskiego partnerstwa i Traktatu o dobrym sąsiedztwie. W ramach tego wspólnego kalendarza w Czerwonym Ratuszu otwarto wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu 1944, a niemiecka premiera „Chopina” z udziałem reżysera Michała Kwiecińskiego oraz specjalny pokaz z udziałem Volkera Schlöndorffa formalnie figurowały jednocześnie w kalendarzu filmPOLSKA i w programie jubileuszowym. Do tego doszedł „Kulturzug” – między wrześniem a listopadem kursowało między Berlinem, Poznaniem a Warszawą osiem specjalnych pociągów EC, a przy okazji tych przejazdów odbyło się łącznie 32 wydarzeń: czytań, koncertów, wystaw i warsztatów dla młodzieży. Filmowy wątek tego projektu był skromny objętościowo, ale znaczący symbolicznie – przypominał, że polsko-niemiecki dialog na ekranie miał w tym roku wyjątkowo mocne, oficjalne dyplomatyczne oparcie.

Wajda jako korekta: historia widziana od środka

Jedynym miejscem, w którym festiwal świadomie wracał do wielkiej historii, była retrospektywa „Mr. X”, poświęcona Andrzejowi Wajdzie. Ale i tu obraz był daleki od pomnikowego. „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego to brutalny rozrachunek ze stalinizmem, który w swoim czasie doprowadził do zakazu dystrybucji filmu i likwidacji zespołu filmowego „X”. „Diabeł” Andrzeja Żuławskiego to gorączkowy, niepokojący seans, daleki od podręcznikowej narracji o polskim bohaterstwie. Zestawiona razem, ta retrospektywa przypominała, że polskie kino od dekad rozliczało własną historię znacznie ostrzej, niż robi to dziś niejeden zachodni film o przeszłości – w tym, ku zaskoczeniu części widzów, także „Ojczyzna”.

I tu domyka się to zestawienie. Pawlikowski, opowiadając o niemieckiej pamięci, sięga po elegancką, wyciszoną formę – widz ogląda historię z bezpiecznego dystansu eleganckiego kadru. Wajda, Bugajski czy Żuławski, opowiadając o polskiej pamięci dekady wcześniej, robili to z furią i bez znieczulenia. Można było więc w tym samym mieście, tego samego września, zobaczyć dwa zupełnie różne temperamenty polskiego kina historycznego – i to właśnie to zestawienie, a nie sam kalendarz pokazów, było najciekawszym doświadczeniem tegorocznej edycji.

Jeśli mielibyście nadrobić tylko trzy tytuły z tego wrześniowego maratonu filmowego, poleciłabym „Dziecko z pyłu” jako przykład tego, dokąd zmierza dziś młode polskie kino dokumentalne, „Przesłuchanie” jako przypomnienie, jak wyglądało polskie kino rozliczeniowe, zanim rozliczanie historii stało się w Europie modne – i „Ojczyznę”, choćby po to, żeby samemu ocenić, po której stronie tego sporu chcecie stanąć. Długie wieczory nadchodzą nieubłaganie, więc warto mieć gotową listę pod ręką, by nie skończyć na oglądaniu miałkiej papki, którą serwują nam algorytmy wybranych platform streamingowych. Polskie kino potrafi być dobre i zmuszać do myślenia. Polskie kino prezentowane w Berlinie potrafi nabrać dodatkowej głębi i odkryć w tym, co dobrze znane, zupełnie nowe znaczenia. 

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Kamil Grabara – wracaj jak najszybciej!

Połowa września, Kamil Grabara debiutuje w barwach wielkiego Juventusu, zachowuje czyste konto, zespół wygrywa, co więcej, nasz bramkarz zalicza asystę, posyłając podanie wprost z własnego pola karnego. Na swoich mediach społecznościowych pisze krótko: marzenia się spełniły. Otrzymuje powołanie na zgrupowanie Reprezentacji Polski od selekcjonera Jana Urbana – nagroda za dobrą formę i udany debiut w Turynie. Dwa dni później, podczas rutynowego treningu z pozostałymi bramkarzami Juventusu, doznaje skrętu kolana. Diagnoza jest bezlitosna: zerwane więzadło krzyżowe przednie i kilkumiesięczna przerwa, która przekreśla marzenia o grze w kadrze jesienią.

Czytaj więcej

MILCZENIE OWIEC-  Ile kosztuje nasza naiwność?

Wyobraźmy sobie, że kupujemy ubezpieczenie. Każdy, kto na co dzień ma do czynienia z oceną ryzyka i czyta umowy ubezpieczeniowe wie, że najważniejsze rzeczy zawsze kryją się w zapisach drobnym drukiem – w wyłączeniach odpowiedzialności, czyli w tym, za co firma nie zamierza zapłacić.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - październik 2026