AG: Muzykiem została pani podobno już jako trzylatka. To wspomnienie czy rodzinna legenda?
GM: To wspomnienie. Od najmłodszych lat improwizowałam przy fortepianie. Pamiętam nawet rudego kota z Gdańska, którego kiedyś przyniosłam specjalnie na pierwsze piętro, żeby zagrać mu koncert. Niestety, uciekł po kilku taktach. Ale właśnie takie sytuacje sprawiły, że ludzie zaczęli mówić mojej mamie, że trzeba coś zrobić z tym dzieckiem, bo ledwo dosięga klawiatury, a już gra.
Później okazało się, że rzeczywiście nie był to chwilowy kaprys. Muzyka została ze mną na całe życie.
Berlin miał być nowym początkiem
AG: Urodziła się pani we Lwowie, mieszkała w Gdańsku, Gliwicach i Krakowie. Dziś od ponad pół wieku żyje pani w Berlinie. Jak wspomina pani wyjazd do Niemiec?
GM: Jeśli chodzi o muzykę, wyjazd nie spełnił moich oczekiwań. Wydawało mi się, że zmiana kraju otworzy nowe możliwości. Tak się nie stało.
Natomiast prywatnie miałam wiele szczęścia. Spotkałam ludzi, którzy mi pomagali. Kiedy przyjechałam do Berlina Zachodniego, nie znałam języka, nie miałam kontaktów ani planu kariery. Pracowałam w kościele, udzielałam lekcji, zarabiałam niewiele. Szukałam możliwości wszędzie: w wydawnictwach, radiu, instytucjach kultury.
Czasem trafiałam na ludzi nieuprzejmych, czasem na takich, którzy wyciągali pomocną dłoń. Dzięki nim przetrwałam najtrudniejszy okres.
AG: Dlaczego właściwie nie wróciła pani do Polski?
GM: To, że zostałam w Niemczech, wynikało przede wszystkim z doświadczeń, które miałam w Polsce.
Pracowałam między innymi w technikum hutniczym i zasadniczej szkole zawodowej. Kiedy otrzymałam możliwość wyjazdu, wszyscy zakładali, że wrócę. Sama też tak myślałam. Potem wydarzenia potoczyły się jednak inaczej.
W Berlinie otrzymałam azyl. Nie było łatwo. Nie znałam języka, żyłam w niepewności. Ale z czasem zaczęłam budować swoje życie od nowa.
Muzyka nie musi być łatwa
AG: W swojej twórczości konsekwentnie pozostaje pani wierna muzyce atonalnej, choć nie należy ona do repertuaru łatwego dla słuchaczy.
GM: Moja muzyka jest trudna. Trzeba jej dać czas. Niektórych utworów nie da się naprawdę poznać po jednokrotnym wysłuchaniu.
Najbardziej irytuje mnie przekonanie, że muzyka współczesna powstała w oderwaniu od tradycji. To nieprawda. Muzyka, którą tworzę, wyrosła z muzyki tonalnej. Jest jej dalszym ciągiem.
Proszę spojrzeć na Chopina. Dziś jest uwielbiany, ale jego dysonanse również budziły sprzeciw. W swoim czasie wielu uważało jego muzykę za niezrozumiałą. Rozwój sztuki zawsze budzi opór.
Mam też poczucie, że współcześnie ludzie coraz rzadziej chcą poświęcać czas wymagającej muzyce. Po pracy wolą włączyć coś łatwiejszego w odbiorze. Rozumiem to, ale kultura rozwija się właśnie dzięki temu, że czasem podejmujemy wysiłek spotkania z czymś trudnym.
AG: Nigdy nie miała pani wątpliwości co do obranej drogi?
GM: Oczywiście, że miałam. Każdy je ma.
Ale zawsze miałam przekonanie, że moja muzyka ma wartość. Inaczej nie mogłabym komponować.
Żartuję czasem, że były tylko dwie osoby, które naprawdę kochały moją muzykę: moja mama i ja. To oczywiście pół żartem, pół serio, ale jest w tym trochę prawdy.
Intuicja zamiast planu
AG: Pani kompozycje uchodzą za bardzo skomplikowane. Grała je pani z pamięci.
GM: To wielu osobom wydawało się niewiarygodne. Pamiętam koncert w Koszalinie, gdzie nie mogli uwierzyć, że można zagrać z pamięci sonatę, którą trudno nawet odczytać z nut.
A ja zawsze tak robiłam. Nigdy nie występowałam z własnymi utworami, mając nuty przed sobą.
AG: Jak powstaje pani muzyka?
GM: Przez intuicję.
Nie potrafię usiąść o czwartej po południu i powiedzieć sobie: teraz będę komponować. Nic z tego nie wyjdzie.
Najpierw pojawia się motyw, jakiś impuls. Potem kolejny. Zaczyna się proces, który czasem trwa miesiącami albo latami. Kompozycja rozwija się stopniowo.
Mam poczucie, że przez całe życie jakaś dziwna siła zmuszała mnie do pisania. Nigdy nie byłam kompozytorką pracującą na zamówienie. Większość utworów powstała dlatego, że po prostu musiała powstać.
Cena niezależności
AG: Jednym z najważniejszych utworów w pani dorobku jest „Dies Irae”.
GM: Napisałam go w 1963 roku. Przez siedem lat leżał w szufladzie. Dopiero później wykonano go w Bydgoszczy.
Pamiętam ten koncert do dziś. Publiczność przyjęła utwór entuzjastycznie. Później był kolejny sukces w Toruniu. Wydawało się, że wszystko zaczyna się układać.
Próbowałam zgłosić „Dies Irae” na „Warszawską Jesień”, ale spotkałam się z odmową. Wdałam się wtedy w konflikt z władzami Związku Kompozytorów Polskich. To była decyzja zgodna z moimi przekonaniami, ale miała swoje konsekwencje.
Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że właśnie wtedy moja kariera potoczyła się inaczej, niż mogła.
AG: Cena niezależności była wysoka?
GM: Tak.
W PRL-u wielokrotnie sugerowano mi, że życie byłoby łatwiejsze, gdybym poszła na kompromisy polityczne. Pojawiały się propozycje pracy, mieszkania, stabilizacji.
Nigdy się na to nie zgodziłam.
Nie twierdzę, że było mi przez to łatwiej. Ale przynajmniej mogłam patrzeć na siebie bez wstydu.
Polska pozostała w muzyce
AG: Czuje się pani bardziej Polką czy Berlinianką?
GM: Polką.
Mieszkam w Niemczech od ponad pięćdziesięciu lat, ale nigdy nie przestałam być polską kompozytorką. Tutaj zawsze będę w pewnym sensie gościem.
Moja mama powtarzała: „Prawdziwi patrioci żyją we własnym kraju”. To zdanie długo za mną chodziło.
Polska pozostała w mojej muzyce. Szczególnie Lwów. Napisałam symfonię „Leopolis”, która jest hołdem dla miasta mojego dzieciństwa i rodzinnej pamięci.
Muzyka nigdy nie milknie
AG: Czy muzyka nadal nieustannie pani towarzyszy?
GM: Nieustannie.
W mojej głowie niemal cały czas coś brzmi. Mogę sobie przypomnieć cały koncert fortepianowy f-moll Chopina albo własne kompozycje. Czasem jest to wręcz męczące, bo nigdy nie ma całkowitej ciszy.
Ale właśnie z tych dźwięków rodzą się później nowe pomysły. Dla mnie muzyka jest kolorem. Są w niej różne barwy, emocje, nastroje. To z nich buduję swoje utwory.
AG: Gdyby mogła pani ocalić tylko jedną własną kompozycję, którą by pani wybrała?
GM: Dla siebie wybrałabym „Symfonię Leopolis”.
Ale gdybym miała wybrać utwór dla mojej mamy, byłaby to „Missa alla Polonia”.
Mama zawsze powtarzała: „Pisz tonalnie, bo ci idioci nie rozumieją twojej muzyki”. Miała niezwykłe poczucie humoru.
I wie pan co? Być może do dziś najwierniejszymi słuchaczkami mojej muzyki pozostajemy właśnie my dwie.
Wywiady ukazały się w aydycjach i podcastach COSMO po polsku i są dostępne do słuchania za darmo m.in. w ARD Sounds, na stronie cosmopopolsku.de, Spotify i Apple Podcasts.
KONTAKT: cosmopopolsku@rbb-online.de
🎙️ COSMO po polsku to polskojęzyczne radio, podcasty i media społecznościowe w ramach oferty publicznych nadawców w Niemczech: WDR, RBB i Radio Bremen.
Od ponad 30 lat łączymy polską perspektywę z niemiecką rzeczywistością. To miejsce spotkania języków, kultur, doświadczeń i ludzi żyjących między Polską a Niemcami.
📻 Słuchaj nas w radiu, 🎧 wybieraj podcasty w swojej ulubionej aplikacji i znajdź nas online.


