bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton październik

Pojechałam w ostatni weekend września przewietrzyć trochę głowę. Ciągnęło mnie wszędzie na raz, do kilku miejsc jednocześnie. Zła byłam na siebie, że nawet z zaplanowaniem relaksu w dowolnym miejscu, które lubię, mam problem. Bo ja tych miejsc mam kilka, z każdego wzięłam coś dla siebie, w każdym zostawiłam kawałek siebie. Każde z nich jest dla mnie ważne, każde kocham, żadne nie jest w zasięgu Deutschland Ticket. A odwiedzając jedno, mam wrażenie, że zdradzam drugie. Kocham je wszystkie, choć żadne nie jestem Berlinem. Mieszkam w Berlinie, choć nie jest jednym z tych, do których wzdycham.

Kocham Londyn, gdzie kiedyś mieszkałam, zostać nigdy na dłużej nie chciałam, a teraz za każdym razem wracam tam, jak do utraconego domu, którym przecież nigdy tak naprawdę dla mnie nie był. Z każdym kęsem flapjacka wyobrażam sobie, kim byłabym, gdybym została tu te 10 lat temu. Każdy łyk herbaty z mlekiem przypomina mi jednak chłodne i wietrzne wieczory, które spędzałam w domu w centrum Clapham South. Czytanie książek w przedszkolnym ogrodzie zimowym, z widokiem na mały ogród, który regularnie odwiedzały wielkie, szare lisy. Nie miałam internetu, na śniadanie jadłam owsiankę z owocami z ogrodu lub smażyłam sobie jajko sadzone na maleńkiej patelni idealnej dla singla, wieczorami robiłam wolontariat w sklepie z używanymi książkami. Kupowałam kolorowe płaszcze, trenowałam marszobieg jako element mający pozwolić mi na wtopienie się w lokalną społeczność i nieobecne spojrzenie, które pozwalało mi wybiórczo traktować small talki, w języku, który przecież znałam, ale brzmiał obco. W Londynie kochałam wszystko. A potem okazało się, że od ciągłego pędu dostaję zadyszki. Berlin żyje wolniej. 

Berlin jest też brzydki. Po prostu brzydki. I owszem, można widzieć w tym urok, można doszukiwać się magii nieoczywistości. Można silić się na szukanie wyjątkowości. Teraz to widzę, dziesięć lat temu jednak Berlin był dla mnie wyjątkowo… brzydki. I tyle. Spakowałam się więc i wyjechałam do miejsca, które w Europie z brzydotą są pewno się nie kojarzy. Paryż puszczał do mnie oczka migającą w nocy wieżą Eiffla. Piłam najmniejsze i najdroższe kawy Europy, jadłam makaroniki z McDonalds, bo na te z Ladurée nie było mnie stać, paliłam za dużo papierosów, piłam za dużo wina, dostałam nietolerancji na gluten po diecie składającej się w głównej mierze z pain au chocolate i bagietek. Zjadłam zęby na paryskim metrze i kilogramy czerwonej szminki na randkach z Francuzami. Nigdy wcześniej ani później nie czułam się tak mała tylko dlatego, że nie jestem “stąd”. Nigdy tak często nie czułam się wielka, bo okazało się, że Francuzi wyjątkowo lubią petit, jedzą wszyscy o tej samej porze, używają tych samych perfum i w tym samym miejscu kupują wyjątkowe perełki vintage. Więcej należy i trzeba niż właściwie można, a brzydota jest akceptowalna tyko wtedy, gdy intencjonalna. Szybko i niespodziewanie zatęskniłam za tym, co  zwyczajnie brzydkie. Berlin celebruje zwyczajność. 

Próbowałam żyć zwyczajnie przez rok w miejscu, które miłość ma w nazwie. Wyjazd do Lublany był dla mnie pierwszym doświadczeniem życia poza Polską. Miałam pewność, że zmieni moje życie, ale nie miałam pojęcia, że tak bardzo. Miał być przygodą i sposobem na urozmaicenie sobie filologicznych studiów, stał się oknem na świat, które generowało taki przeciąg, że do dziś nie udało mi się go zamknąć. Wyjeżdżając z miejsca, gdzie niejednemu psu na imię Burek, trafiłam do miejsca, gdzie na widok mojego nazwiska zbiegali się z żartami żandarmi na granicy, właściciele restauracji dawali mi darmowe posiłki. Z nazwiska, które w miejscowości urodzenia trochę mi ciążyło, w Słowenii zrobiono dowcip, a ja nauczyłam się śmiać z siebie i budować swoją tożsamość w oparciu o własne doświadczenia a nie mitologizowaną legacy. Okazało się jednak, że śmiech w moich ukochanym kraju jest odpowiedzią na większość problemów, a poczucie humoru nie jest cechą wrodzoną, ale reakcją wyćwiczoną jako sposób radzenia sobie z mało zabawną rzeczywistością. Berliner Schnauze jest jednak wyborem. 

Tęsknię za moimi ukochanymi miejscami, nie będąc w stanie wybrać, które z nich jest moim ulubionym. Kocham je wszystkie nad życie. Życie, które spędzam w miejscu, które wygrało konkurs na wyjątkowość swoim… brakiem wyjątkowości. Mam wrażenie, że ta cecha coraz bardziej będzie w cenie. 

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Kamil Grabara – wracaj jak najszybciej!

Połowa września, Kamil Grabara debiutuje w barwach wielkiego Juventusu, zachowuje czyste konto, zespół wygrywa, co więcej, nasz bramkarz zalicza asystę, posyłając podanie wprost z własnego pola karnego. Na swoich mediach społecznościowych pisze krótko: marzenia się spełniły. Otrzymuje powołanie na zgrupowanie Reprezentacji Polski od selekcjonera Jana Urbana – nagroda za dobrą formę i udany debiut w Turynie. Dwa dni później, podczas rutynowego treningu z pozostałymi bramkarzami Juventusu, doznaje skrętu kolana. Diagnoza jest bezlitosna: zerwane więzadło krzyżowe przednie i kilkumiesięczna przerwa, która przekreśla marzenia o grze w kadrze jesienią.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - październik 2026