bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton wrzesień

Przez dekady nosiliśmy w sobie rodzaj cichego, poukrywanego po kątach narodowego wstydu. Wystarczyło przypomnieć sobie zapach pasty podłogowej połączony z rosołem w niedzielne popołudnie, plastikowe ceraty na stołach czy dziurawe kapcie, żeby mieć ochotę zapaść się pod ziemię lub przynajmniej zmienić temat rozmowy na jakikolwiek inny niż to, z czym kojarzy Ci się dom.

Przez lata z nabożną czcią spoglądaliśmy na zachodnią elegancję, próbując za wszelką cenę wykopać z pamięci i wywietrzyć z mieszkań naszą rodzimą prowincjonalność. Marzyliśmy, by stać się bardziej europejscy, nowocześni, wygładzeni, pachnący perfumami innymi niż z obiegowego katalogu wysyłkowego. Tymczasem, gdy my z rumieńcem na twarzy ukrywaliśmy nasze korzenie, historia wykonała elegancką pętlę i nagle rzuciła nas w samo centrum świata, w którym okazuje się, że – zupełnie nieświadomi swojego bogactwa – od zawsze żyliśmy w najbardziej poszukiwanym, pożądanym i luksusowo autentycznym modelu życia.

Na studiach rozpływałam się nad końcówką fleksyjną w funkcji pejoratywnej w porównaniu Polaki-cebulaki. Cóż za wyrafinowana forma dowalenia komuś poprzez subtelność w postaci wyboru gramatycznego! Okazało się jednak, że obecnie należałoby tu doszukiwać się drugiego dna, bo otóż cebula nie jest już powodem do wstydu. Przez lata sami biczowaliśmy się tym terminem, z autoironicznym uśmiechem przyjmując, że biedne warzywo w warstwach to ostateczny symbol kulinarnego ubóstwa, braku polotu i bezwzględnej przaśności. Jednak z czasem, dzięki otwarciu granic i fuzji kuchni europejskiej, odkryliśmy, że – lekko snobistyczni kulinarnie – Francuzi potrafili na cebuli zbudować tożsamość gastro! Z cebulowej zupy stworzyli dumę narodową, klejnot koronny restauracji z gwiazdkami Michelin, o którym pieją peany. Bynajmniej nie trzynastozgłoskowcem.

A nasza legendarna, przekazywana z pokolenia na pokolenie smykałka do kombinowania? Wmówiono nam, że to jedynie gorszy sort cwaniactwa, objaw prowincjonalizmu i braku sztywnych ram systemowych. Dziś dokładnie te same umiejętności – elastyczność w obliczu kryzysu, radzenie sobie bez budżetu i naprawianie świata taśmą izolacyjną – zachodnie korporacje i prestiżowe uczelnie sprzedają za miliony dolarów pod szlachetnymi szyldami kursów z out-of-the-box problem solving, zwinnego zarządzania i kreatywnego myślenia. To, co nasz wujek robił w garażu za pomocą drutu, kombinerek i szczerego przekonania, że „jakoś to będzie”, w Dolinie Krzemowej nazywa się teraz innowacyjnym prototypowaniem i growth hackingiem.

Ci, którzy nie mieli wujka wiecznie sterczącego w garażu, mieli dziadka ciągnącego co roku nad polskie jezioro. Pamiętacie te szkolne kolonie i wyjazdy pod namioty, gdzie woda w jeziorze miała kolor mocnej herbaty, na śniadanie dostawało się parówki z wody i chleb z dżemem, a o zasięgu w telefonie nikomu się jeszcze nie śniło? Jeszcze kilkanaście lat temu wyjazd pod polski namiot uchodził za boleśnie tani substytut prawdziwych wakacji we Włoszech czy w Grecji. Dziś zmęczeni, przebodźcowani turyści z całego świata płacą fortuny za tak zwane wakacje analogowe i digital detox z dala od cywilizacji. Okazuje się, że luksusem nie jest już marmurowy hotel z opcją all-inclusive, lecz cisza, zapach sosnowego lasu, brak internetu i slow life.

Z parówek nadal można się śmiać, ale w obronę należy już wziąć nasze owocowe kompoty, gołąbki, wariacje z kaszą i obsypane cukrem pudrem jagodzianki. Przysmaki, które niedawno kojarzyły się z prostymi posiłkami w pośpiechu, stołówkową nudą albo bieda-obiadami u babci, przeżywają dziś spektakularny renesans. Wystarczy wejść do rzemieślniczej piekarni (artisan bakery) w sercu europejskiej metropolii, żeby zobaczyć hipsterów z laptopami, którzy bez mrugnięcia okiem płacą fortunę za drożdżówkę z polskimi owocami, popijając ją mętnym, kwaśnym kompotem.

Może więc czas wreszcie porzucić tę wygodną niewygodę życia w poczuciu niższości. Nasza niechęć do zadęcia, miłość do natury, unikalna zdolność przetrwania w każdych warunkach i sentyment do prostych smaków to nie są powody do wstydu. To nasz największy, najbardziejunikalny kapitał kulturowy. Zamiast z zazdrością patrzeć w stronę cudzych ogrodów, spójrzmy więc na własne podwórko – cały świat właśnie próbuje uczyć się od nas, jak żyć z dystansem, smakiem i poczuciem humoru. Zachód patrzy na nas z podziwem od dawna, a my, jeśli nie pozbędziemy się durnych kompleksów, znów będziemy w tyle.

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Wrzesień 2026 w Berlinie

Szukasz informacji o tym, co robić, gdzie pójść i kiedy w Berlinie? No cóż, Berlin to niesamowite miasto z szeroką gamą aktywności i wydarzeń, które zadowolą każdego smaka i preferencje. Daj nam znać, jeśli masz jakieś bardziej szczegółowe pytania!

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - wrzesień 2026