Wypowiadane publicznie, najlepiej w mediach społecznościowych, stanowią formę symbolicznej zbroi. Zbroi, która ma pokazać światu: jestem silny, nie dotykają mnie wasze słowa. Ale im częściej ta zbroja jest demonstrowana, tym wyraźniej widać, że pod nią kryje się coś znacznie bardziej kruchego niż chcielibyśmy przyznać.
Internet nie stworzył hejtu – on go jedynie zdemokratyzował. Złośliwość, zawiść i agresja istniały zawsze, jednak nigdy wcześniej nie miały tak łatwego ujścia. Anonimowość, brak realnych konsekwencji i algorytmy premiujące skrajne emocje sprawiły, że dziś hejt nie jest już incydentem, lecz zjawiskiem masowym i strukturalnym. Co istotne, bardzo często nie ma on żadnej racjonalnej przyczyny. Jest bezinteresowny – nie wynika z realnego sporu, lecz z samego faktu odmienności zdania, innego spojrzenia na rzeczywistość lub samej obecności kogoś, kto mówi pewnie i rzeczowo.
Dla wielu użytkowników sieci internet stał się przestrzenią kompensacji własnych kompleksów. Brak wiedzy merytorycznej, poczucie życiowej porażki, frustracja zawodowa czy osobista znajdują ujście w agresji wobec tych, którzy jawią się jako kompetentni, samodzielni intelektualnie lub niezależni. Anonimowość daje iluzję bezkarności – pozwala uderzać bez ryzyka odpowiedzialności, bez konfrontacji twarzą w twarz, bez konieczności uzasadnienia własnych tez. W efekcie hejt bardzo często nie jest polemiką, lecz emocjonalnym atakiem ludzi, którzy nie mają argumentów, a jedynie potrzebę wyładowania napięcia.
Media społecznościowe stały się w ten sposób laboratorium zbiorowej frustracji. Mechanizmy platform nie tylko tego nie ograniczają, ale wręcz to wzmacniają – im większe emocje, tym większy zasięg. Hejt zaczyna pełnić funkcję swoistego regulatora: karze tych, którzy wychodzą poza bezpieczny konsensus, i dyscyplinuje jednostki próbujące zakłócić wygodny porządek narracyjny.

Szczególnie dotkliwie odczuwają to ci, którzy decydują się mówić prawdę o świecie takim, jaki jest – nie takim, jakim chcieliby go widzieć inni. Mówienie prawdy nie polega dziś na głoszeniu kontrowersji dla samej prowokacji. Prawda bywa znacznie bardziej banalna i właśnie dlatego tak niewygodna: świat nie jest sprawiedliwy, reguły gry nie są równe, wiedza jest walutą władzy, a systemy – prawne, ekonomiczne czy społeczne – funkcjonują dzięki temu, że większość ludzi nie rozumie ich mechanizmów.
Tu pojawia się figura współczesnego „oświeciciela” – nie w patetycznym, osiemnastowiecznym sensie, lecz w bardzo przyziemnym wymiarze. To ktoś, kto mówi: tak to działa, takie są procedury, tu leży haczyk, tu system żeruje na niewiedzy. I właśnie w tym momencie zaczynają się problemy.
Załóżmy, że jesteś prawnikiem. Znasz prawo nie tylko w warstwie kodeksowej, ale także w jego praktycznym, często brutalnie pragmatycznym wymiarze. Wiesz, czego klientowi się nie mówi – nie z braku etyki, lecz dlatego, że rynek od dekad funkcjonuje w oparciu o asymetrię wiedzy. Wiesz, na czym wygrywa się sprawy, jakie znaczenie mają niuanse, terminy, emocje, a nawet ludzkie słabości. I pewnego dnia dochodzisz do wniosku, że ten model się wyczerpał. Że ludzie nie chcą już pustych obietnic, drogich webinarów i „tajemnej wiedzy” sprzedawanej w pakietach premium. Chcą konkretu.
Decydujesz się więc mówić. Tłumaczysz, edukujesz, odsłaniasz mechanizmy. Nie zdradzasz sekretów państwowych ani nie łamiesz prawa – po prostu przestajesz udawać, że prawo jest magicznym rytuałem dostępnym tylko wtajemniczonym. I wtedy odkrywasz coś znacznie bardziej bolesnego niż hejt anonimowych trolli: prawdziwy opór nie pochodzi wyłącznie z dołu, lecz także z góry.
Środowisko, które wcześniej było dumne z twojej drogi zawodowej, zaczyna patrzeć podejrzliwie. Mentorzy, sędziowie, adwokaci, ludzie, którzy kiedyś podali rękę, dziś grożą palcem. Nie dlatego, że robisz coś nielegalnego, ale dlatego, że naruszasz niepisaną zasadę lojalności wobec systemu. Układów się nie zdradza. Narzędzi się nie ujawnia. Wiedza ma pozostać w wąskim kręgu, bo tylko wtedy daje przewagę. Tłum ma przychodzić po usługę, nie po zrozumienie.
W tym momencie hejt zmienia swój charakter. Przestaje być wyłącznie chaotyczną agresją anonimowych użytkowników. Staje się narzędziem presji, często wspieranym milczeniem tych, którzy mogliby zareagować, ale wolą nie ryzykować własnej pozycji. Zmęczenie, izolacja i podważanie wiarygodności mają jeden cel: sprawić, byś sam zaczął się zastanawiać, czy mówienie prawdy w ogóle ma sens.
Nie pomagają odsłony na YouTube ani lajki na Facebooku. Popularność w sieci nie przekłada się na realne wsparcie, gdy system postanawia się odwrócić. Wtedy pojawia się gorzka myśl: jednostka zawsze przegra z machiną, zwłaszcza jeśli próbuje ją demaskować. Bycie Janosikiem edukacji – zabieranie wiedzy uprzywilejowanym i oddawanie jej masom – okazuje się romantyczną, ale naiwną wizją.
A jednak problem nie leży w samej idei mówienia prawdy. Leży w złudzeniu, że prawda zostanie nagrodzona. Psychologia społeczna od dawna pokazuje, że ludzie nie nienawidzą kłamstwa tak bardzo, jak nienawidzą dysonansu poznawczego. Prawda, która burzy obraz świata, rodzi lęk. A lęk bardzo łatwo zamienia się w agresję. Bezinteresowny hejt jest więc często formą obrony przed koniecznością myślenia i konfrontacji z własną niewiedzą.
Prawdziwa odporność psychiczna nie polega na zaprzeczaniu bólowi ani na udawaniu, że słowa nie ranią. Polega na świadomości, że mówienie prawdy zawsze wiąże się z kosztem, i na gotowości, by ten koszt ponieść – albo świadomie się z niego wycofać.
Konkluzja nie jest więc ani heroiczna, ani cyniczna. Jest pragmatyczna. Jeśli decydujesz się oświecać innych, rób to z pełną świadomością, że tłum nie zawsze chce światła. Jeśli mówisz prawdę, nie oczekuj wdzięczności. I jeśli widzisz, że system reaguje agresją, pamiętaj: to nie dowód twojej porażki, lecz skuteczności.
Być może największą mądrością nie jest krzyczeć, że się nie przejmujemy, lecz nauczyć się, kiedy mówić, a kiedy milczeć, komu dawać wiedzę, a komu tylko sygnał, że ona istnieje. Bo prawda ma sens tylko wtedy, gdy nie niszczy tego, kto ją wypowiada.
A hejt? On nie zniknie. Ale można przestać traktować go jak osobistą klęskę. Często jest po prostu dowodem, że dotknęło się nerwu – takiego, którego wielu wolałoby nigdy nie odkrywać.
Doradztwo Ubezpieczeniowe i Konsulting Kredytowy Bartosz Drajling
Berlin-Wilmersdorf T: 01511 8666 445 • F: 030 92109905 M: consulting@dcberlin.biz

