Przez ostatnie 10 tysięcy lat gatunek Homo sapiens przyzwyczaił się do samotności na szczycie. Zapomnieliśmy, że kiedyś dzieliliśmy planetę z innymi gatunkami człekokształtnych, na przykład neandertalczykami, ludźmi z wyspy Flores czy denisowianami.
Dzis byśmy przyrównali tą sytuacje do rożnych ras naszego gatunku – Eurpoejczycy, Afrykanie, Azjaci. Każda z nich ma inne, naturalne i biologiczne predyspozycje, impregnowane na przestrzeni wieków oraz uwarunkowania lokalne tj. teren zamieszkania, klimat. Niemniej jednak wszyscy jesteśmy ludźmi, jesteśmy dwunożni i używamy podobnych form wyrażania myśli i koncepcji poprzez język, sztukę, rękodzieło szeroko pojęte.
Indianie z Peru żyjący na znacznych wysokościach mają inne zapotrzebowanie tlenowe, jak i żywieniowe, w porównaniu do mieszkańców Afryki, czy Japonii, co nie czyni ich jednak innymi, w pojęciu humanistycznym.
Ta izolacja wpędziła nas w pewnego rodzaju pychę – uznaliśmy się za „koronę stworzenia”, oddzieloną od reszty królestwa zwierząt głęboką przepaścią. Jednak, jak zauważa ciekawie Yuval Noah Harari w swojej książce „Sapiens”, to nie siła mięśni ani nawet sprawność narzędzi dała nam panowanie nad światem.
Kluczem okazała się zdolność do tworzenia fikcji.
Potęga wyobrażonego porządku
Religia, z perspektywy ludzkiej natury, jest właśnie takim „zjawiskiem nieistniejącym” – obiektywnie nie da się jej dotknąć, zważyć ani zmierzyć. Można to sparafrazować porównaniem, nie namówisz małpy, by oddała ci banana, obiecując jej nieskończoną ilość owoców w „małpim niebie”. Małpa chce banana tu i teraz.
Homo sapiens natomiast potrafi uwierzyć w koncepty wykraczające znacząco poza biologię i zahaczające o ezoteryzm. To właśnie ta zdolność do operowania fikcją stała się naszym największym atutem i zarazem najgroźniejszą bronią.

Dlaczego język operujący fikcją jest tak ważny ?
Ponieważ pozwala na masową współpracę obcych sobie ludzi. Język ten ma niesamowitą moc jednoczenia. Bez wspólnego mitu – czy to religijnego, narodowego, czy ekonomicznego (jak wiara w wartość pieniądza, co też jest pojęciem fikcyjnym) – nie jesteśmy w stanie efektywnie działać w grupach większych niż około 150 osób.
Religia staje się „klejem”, który sprawia, że tysiące osób, które nigdy się nie spotkały, nagle działają w jednym celu: budują katedry, wyruszają na krucjaty lub tworzą skomplikowane systemy prawne.
Dwusieczny miecz wspólnoty
Mechanizm ten jest jednak moralnie obojętny – to narzędzie, które w zależności od intencji „operatora” służy do budowania lub niszczenia.
Z jednej strony mamy buddyzm z jego dążeniem do wyzwolenia z cierpienia czy Shinto, celebrujące harmonię z naturą i duchami przodków. Z drugiej strony, historia uczy nas, jak łatwo wspólny mit może stać się fundamentem wykluczenia.
Przykład losów Narodu Wybranego jest tu uderzający.
Historia Żydów na przestrzeni wieków to kronika nieustannych wygnań. Kilka znamiennych faktów pokazuje skale problemu, gdzie Cesarz Henryk II wypędza ich Moguncji w 1012 roku, 1288 rok – Regent Królestwa Neapolu Robert d’Artois nakazuje wypędzenie Żydów z całych południowych Włoch.
Z kolei 1290 rok – Król Anglii Edward I wydaje edykt o wygnaniu Żydów (wszystkich Żydów, w liczbie ok. 16 tys., załadowano na statki i odesłano na kontynent, dotarli tylko nieliczni, bo większość Anglicy najpierw obrabowali, a potem potopili).
Rok 1492 – Królowie Hiszpanii Izabela I Kastylijska i Ferdynand II Aragoński wydali edykt nakazujący wypędzenie Żydów z Królestwa Hiszpanii i wszystkich jej posiadłości.
Paradoksalnie, to właśnie religijna i kulturowa spójność pozwoliła im przetrwać jako grupie, mimo braku własnego terytorium przez blisko dwa tysiące lat.
Z drugiej strony, ten sam mechanizm „wyobrażonej wspólnoty” pozwalał europejskim monarchom traktować ich jako „obcych”, których można obrabować, utopić lub wypędzić w imię wyższych, religijnych racji.
Zastanawiające jest, jak te narracje ewoluują. Polska, niegdyś nazywana „Paradisus Iudaeorum” (Żydowskim Rajem), gdzie w XVI wieku schronienie znalazło 3/4 światowej populacji Żydów, dziś staje w obliczu trudnych debat historycznych.
Sytuacja, w której współczesny lider polityczny, jak Benjamin Netanjahu, w przemówieniu wygłoszonym na terenie Polski, w gmachu Muzeum Historii Żydów Polskich (wybudowanym przez Polaków kosztem 300 mln zł i utrzymywanym przez Polaków kosztem ponad 10 mln zł rocznie), formułuje oskarżenia pod adresem narodu, który historycznie oferował azyl, pokazuje, jak plastyczna potrafi być „prawda” w służbie doraźnej polityki.
Fikcja literacka ustępuje tu miejsca fikcji politycznej.
Klientyzm duchowy czy suwerenność myśli?
Współczesna religia i systemy wyznań często stawiają jednostkę w roli „klienta”. Instytucje oferują gotowe pakiety odpowiedzi na trudne pytania, rytuały uśmierzające lęk przed nieznanym i poczucie przynależności w zamian za lojalność i przestrzeganie określonych dogmatów.
W świecie islamu, chrześcijaństwa czy hinduizmu, struktury te potrafią mobilizować miliony do czynienia dobra (akcje charytatywne, pomoc społeczna), ale równie skutecznie potrafią „zamknąć” umysł na dialog z kimś, kto wierzy w inny zestaw fikcji.
Śmiało można tu zasugerować, że neandertalczycy mogli wyginąć właśnie dlatego, że byli zbyt do nas podobni, by ich ignorować, a jednocześnie zbyt odmienni, by ich tolerować.
Ten mechanizm „narcyzmu małych różnic” wciąż działa w naszych społeczeństwach, podsycany przez ideologie, które dzielą świat na „nas” i „ich”.
Konkluzja: Energia jednostki a myśl ogółu
Warto jednak rozróżnić dwa procesy: osobistą wiarę oraz społeczną religię.
Wiara sama w sobie jest zjawiskiem skorelowanym z energią jednostki. To intymna relacja z ideą, proces „przyciągania” tego, co w założeniu dobre. Jest to działanie jednostki dla jednostki – poszukiwanie wewnętrznego spokoju, sensu i sprawczości.
To nasza prywatna przestrzeń, w której budujemy własny system wartości.
Myśl społeczna natomiast jest nastawiona na ogół. To tutaj powstają systemy, które mają zarządzać masami.
O ile wiara może być oknem na świat, o tyle zinstytucjonalizowana religia bywa często ramą, która ten widok ogranicza.
Ostatecznie to od nas zależy, kogo wpuścimy do tych dwóch procesów. Czy pozwolimy, by narzucone z zewnątrz narracje i historyczne animozje definiowały nasze relacje z drugim człowiekiem?
Samodzielne myślenie jest jedynym bezpiecznikiem, który chroni nas przed zostaniem pionkiem w grze „fikcji”, które choć nieistniejące obiektywnie, mają realną moc zmieniania świata – zarówno na lepsze, jak i na gorsze.
Zrozumienie, że jako Sapiens jesteśmy „zwierzętami opowiadającymi bajki”, nie musi nas osłabiać. Wręcz przeciwnie – daje nam wolność wyboru tych opowieści, które budują mosty zamiast murów.
Doradztwo Ubezpieczeniowe i Konsulting Kredytowy Bartosz Drajling
Berlin-Wilmersdorf T: 01511 8666 445 • F: 030 92109905 M: consulting@dcberlin.biz

