Historia uczy, że największe przełomy – od sufrażystek po współczesną walkę o równe płace – rodziły się właśnie z poczucia pewnej tożsamości doświadczeń. Ruchy sufrażystek, wieloletnia walka o równouprawnienie, a współcześnie masowy sprzeciw wobec nierówności płacowych czy systemowej przemocy mają swoje źródło w podobnym mechanizmie. Jako kobiety, dostrzegając u drugiej strony lustrzane odbicie własnych wyzwań i lęków, jesteśmy w stanie mobilizować się i tworzyć front obrony, który jest znacznie skuteczniejszy niż jakiekolwiek pojedyncze, samotne działania. I chwała naszym przodkiniom za to!
Siła kobiecej solidarności objawia się jednak nie tylko w blasku fleszy, ale także w codziennych, biurowych i domowych mikro-gestach. To ta sytuacja w pracy, gdy koleżanka z zespołu nie sabotuje twojego pomysłu podczas kluczowego spotkania z szefem, by samej wypaść lepiej, lecz aktywnie go wspiera, przytaczając dane i wzmacniając twój głos. To także proces „urealniania” pomocy. Gdy inna kobieta prosi o radę, jak negocjować podwyżkę, prawdziwe wsparcie to nie puste „walcz o swoje” czy „jesteś tego warta”. To nie słodzenie i cukierkowe komplementy rodem z tanich komedii o blond prawniczkach. To konkret: udostępnienie benchmarków płacowych, realistyczne oszacowanie widełek rynkowych i wskazanie palcem, gdzie w jej kontrakcie mogą kryć się prawne haczyki. Bez zmiłuj się, konstruktywna krytyka dla dobra sprawy.
Solidarność to jednak także sztuka budowania fundamentów pod cudzą pewność siebie: pokrzepiająca wiadomość do koleżanki, która przed ważnym wystąpieniem publicznym zaczyna wątpić w swoje kompetencje, wyciągnięcie ręki do matki, która pod ciężarem obowiązków zmaga się z wypaleniem, powstrzymanie się od jadowitej krytyki w mediach społecznościowych. Zamiast szukać pęknięć w cudzym wizerunku, bądźmy lustrem, przed którym same chciałybyśmy stanąć – takim, co odbija mocne strony drugiej kobiety, nawet gdy ona sama chwilowo ich nie dostrzega.
W erze wszechobecnej perfekcji i toksycznej kultury girl boss, solidarność staje się też aktem buntu przeciwko presji bycia idealną. To przestrzeń, w której akceptujemy niedoskonałość i dajemy sobie nawzajem prawo do autentyczności, zamiast brać udział w wyścigu o miano najbardziej „ogarniętej”. To przyznanie przed drugą kobietą: „Odpuściłam siłownię, żeby skończyć projekt”, i usłyszenie w odpowiedzi: „A ja odpuściłam trening, bo byłam umówiona na randkę z sąsiadem”. Wymiana doświadczeń bez potrzeby osądzania decyzji tej drugiej. Mamy prawo wyboru życiowych priorytetów. O to nam w życiu chodziło, prawda?
Solidarność ma też swój wymiar logistyczny, szczególnie tam, gdzie zawodzi system. To ciche, niewidoczne akty ratunkowe: odebranie cudzego dziecka z przedszkola, gdy matka utknęła na ważnym spotkaniu, czy wspólne ogarnianie logistyki, gdy partner akurat „nie może”. To te małe interwencje pozwalają nam utrzymać się na powierzchni, zanim w ogóle zaczniemy myśleć o zdobywaniu szczytów. Przyda się też zapamiętać, że same możemy iść szybciej, ale razem – zdecydowanie dalej. A sił nam musi starczyć jeszcze na długo!
Na koniec moment na chłodną kalkulację, bądźmy realist(k)ami: solidarność to też forma niemal strategicznego myślenia. To świadomość, że musimy się wspierać nawet wtedy, gdy może nie do końca za sobą czasem przepadamy. Mechanizmy wykluczenia czy seksizmu uderzają w nas systemowo. Gdy jedna z nas traci grunt pod nogami, osłabia to pozycję całej reszty. Solidarność kobiet w XXI wieku nie jest więc wzruszającą bajką o siostrzeństwie. To jedyny słuszny sposób na przetrwanie i uregulowanie ceny, jaką płacimy za mityczne „posiadanie wszystkiego”. Tanio nie jest, ale za to (w porównaniu z sytuacją naszych babek) jakże luksusowo!
Anna Burek

