bezpłatne czasopismo polonijne ukazujące się w Niemczech | „KONTAKTY“ | In polnischer Sprache für Deutschland

Felieton grudzień

Pisząc ten tekst, spełniam jedno ze swoich większych marzeń. Z marzeniami jest tak, już to kiedyś pisałam, że trzeba uważać, co się marzy. I jeszcze bardziej trzeba mieć na uwadze, że one spełniać mogą się trochę na opak.

No i ostatecznie – że jak już się spełnią, to szukać trzeba kolejnych. Nic to jednak. Siedzę na razie i sączę bliżej nieznany trunek, który postawił mi na stole miły nieznany mi pan, tłumacząc mi w nieznanym języku, co to takiego, co tak ochoczo mi serwuje. Mam co chciałam, poprosiłam przecież o coś lokalnego, ale nie wino. Spędzam miesiąc we Włoszech, objeżdżając małe miasteczka, o których bóg zapomniał, nazw nie potrafię wymówić, a ich jedyny supermarket zamyka się o osiemnastej, nie pozostawiając mi wyboru innego niż pałaszować z apetytem lokalne przysmaki w uroczych osteriach, trattoriach i barach, siedząc na drewnianych, niewygodnych krzesłach, a niewygodę tę zapijając winem. Karmię brzuch pistacjowym gelato na zmianę z makaronem z ragu, posypując wszystko bez wyjątku obficie parmezanem i zastanawiając się, czy jest sens wracać do Berlina, skoro taniej chyba jednak będzie wykupić noclegi na kolejny miesiąc niż wymieniać całą garderobę na większy rozmiar. Poza tym, słyszałam, że w Berlinie słońca brak, a tu nareszcie widzę sens używania kremu z filtrem w zimie.

Małe miasteczka mają swój urok. Sezon kończy się tu dużo wcześniej, jeśli w ogóle zaczyna, bo brak w nich dużych parkingów autokarowych i sklepów z pamiątkami. Kawa kosztuje tyle co kaucja za kilka butelek piwa w Berlinie, a zamiast rogalika z kremem pistacjowym, w kawiarniach królują łakocie pod nazwami “brutti ma buoni”, co w wolnym tłumaczeniu przekłada się chyba na ciastka, które moja babcia robiła z resztek po świątecznych polewach. Małe miasteczka zmuszają do dobrej organizacji czasu. Każdy lokal otwarty jest w wybrane dni tygodnia, bo że w dziwnych porach nieodpowiadających polskim nawykom żywieniowym, wspominać nie muszę. Na kawę trzeba rano, bo po południu to już gdzie indziej i raczej na wino. Wieczorem – gdziekolwiek, gdzie dobrze karmią, ale zakupy trzeba ogarnąć wcześniej, bo market czynny tylko do zmierzchu. Że w południe wszystko zamknięte, to już wiemy.

Wyznacza więc to żywe zainteresowanie jedzeniem i piciem w połączeniu z dość ruchomym harmonogramem otwarcia przybytków rozpusty, pewny rytm dzienny, do którego w miasteczku dostosowują się wszyscy, którzy głodni i spragnieni. A tak opisać można by chyba przeciętnego Włocha. Lądują więc w tym samym czasie na kawie, o podobnej porze na winie, dokładnie pięć minut przed zamknięciem w kolejce do kasy. Kotłują się wokół siebie, przytulają, całują, ściskają, czochrają dzieciom włosy i macają nawzajem sweterki z najwyższej jakości wełny. A przede wszystkim – nieustannie, zbyt głośno, z entuzjazmem godnym zawodowców – gadają. Non stop mówią.

Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Przyznaję, z pewną premedytacją planowałam pobyty w małych mieścinach, wiedząc, że skoro gadają tu do siebie wszyscy i wszędzie, gadać będę i ja. A wiadomo, że w nauce języka mówienie jest najtrudniejsze. Gadałam więc już po pogodzie (tak mi się zdaje, bo pan wskazywał palcem na niebo), gadałam o różnicy między Rzymem a Florencją (podstawowe przymiotniki, czas teraźniejszy, nie ma mowy o pomyłce), gadałam też o smakach pizzy i o przyczynach wyludniania się małych miasteczek (i to wszystko w jednym zdaniu, mam wrażenie, bo rozmówca nie zrobił przerwy na oddech). Czasem nie gadałam wiele, a proste “si”, którego udzieliłam w odpowiedzi na niezrozumiałe pytanie, zaprowadziło mnie do ogrodu sąsiada, co w skutkach okazało się brzemienne i obrodziło kilogramami kaki powpychanymi we wszystkie moje kieszenie.

Mogę mieć Włochy w domu. Ta myśl pojawiła się we mnie w drugim tygodniu pobytu w małych włoskich miasteczkach. Bo odwiedziłam Kotlinę Kłodzką jesienią i nigdzie, absolutnie nigdzie, nie widziałam takiego złota sypiącego się z drzew. Zjechałam lubuskie winnice i choć nie jest to Morellino di Scansano, spokojnie mogłoby koło niego stać. Odwiedzam rodziców w małym miasteczku na Śląsku, gdzie piję absolutnie najlepszą kawę, a po ciastka typu jabłuszko i jagodzianki w piekarni Społem ustawia się w sezonie kolejka od samego rana. Małe polskie miasteczka różnią się od małych włoskich miasteczek zasadniczą kwestią. Nie gadamy.

I w sumie rozumiem, dlaczego. Fajnie czasem wejść–wyjść i załatwić coś w przerwie na papierosa. Dobrze jest napić się kawy nad książką. Czasem na litość trzeba też wykonać jakąś konstruktywną pracę. Ale gdybym chciała, mogłabym sobie Włochy zrobić w domu. Zapytać sąsiada, czy też mu wieje z okien. Odezwać się do sprzedawcy w Netto, żeby skomentować pogodę. W restauracji wygłosić rozprawkę na temat wyższości pizzy na cienkim cieście nad wszystkimi innymi. A starą ciotkę, koło której co roku sadzana jestem przy wigilijnym stole, zapytać po prostu, jak leci. Tak w tym roku zrobię. Spędzę święta po włosku – będę jeść gluten, owoce rzeki, popijać polskie digestiva i paplać. Paplać bez umiaru. Będę miała Włochy, za którymi non stop tęsknię, w domu, Włochy DIY, Polish edition. Pewnie też i limited, bo ile przecież można gadać.

Anna Burek

Udostępnij post:

Interesujące artykuły

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!

Maj zachwyca! Oszałamia nas zapach kwitnących drzew. Kuszą coraz dłuższe wieczory, które aż proszą się o spotkania. Dla Polonii to także czas szczególny: między Świętem Pracy a codziennością budowaną na styku dwóch kultur pojawia się przestrzeń na refleksję, inspirację i wspólne przeżywanie miasta.

Czytaj więcej

Sportowi idole oczami dzieci

Kiedy z Camp Nou, po ostatnim meczu rozegranym w barwach Barcelony schodził Robert Lewandowski,nie bez wzruszenia pomyślałem, że tak rodzą się legendy, które wspomina się przez lata. Skąd jednak brać następców Lewego? Często narzekamy, że młodzież już nie ta, że kiedyś było lepiej. Ale! Przecież to od nas, dorosłych, zależy czy dzieci zainteresują się sportem. Historie naszych dziecięcych Czytelników, biorących udział w konkursie Mój sportowy superbohater – autorytet, który mnie inspiruje, dają nadzieję, że jeszcze będzie pięknie, bo pasją do ruchu może zarażać zarówno Yamal, jak wujek Paweł. Zapraszam do przeczytania fragmentów nagrodzonych prac.

Czytaj więcej
Najnowsze wydanie - czerwiec 2026