Monika Sędzierska: Cześć Dagmara. Spotykamy się w Berlinie, do którego przyjechałaś po raz pierwszy rok po przeprowadzce do Polski. Jak odebrałaś powrót w samo serce głośnego, tętniącego życiem miasta?
Dagmara Szol: Muszę przyznać, że przyjeżdżam tutaj z ogromnym spokojem. Jakiekolwiek opóźnienia, nagłe wydarzenia nie ruszają mnie tak, jak poruszały mnie jeszcze rok temu. W Berlinie mieszkałam na Kudammie. Był to dla mnie przywilej. Spacerując i patrząc na witryny sklepów, czułam się trochę jak w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Luksusowe samochody, fajni ludzie i ja w tym wszystkim.
Przeprowadziłaś się do Berlina w 2018 roku. Wcześniej pracowałaś jako opiekunka dzieci w Stanach Zjednocznych. Czy da się porównać oba te miasta?
Tak, ciągle porównywałam Berlin do Nowego Jorku. To duże miasta, które niosą ze sobą możliwości spełniania marzeń, dostępności wielu rzeczy, wydarzeń kulturalnych. Miałam poczucie, że nikt mnie nie ocenia, nie patrzy na to, co robię, nikt mnie nie zna. Trochę wiązało się to z nowym początkiem. Gdzieś z tyłu głowy Berlin był dla mnie drugim Nowym Jorkiem albo drugą Ameryką, miejscem, gdzie mogę spełniać marzenia. Przychodziło mi to z łatwością. Czułam się tu swobodnie.
Jak odnalazłaś się tu zawodowo?
Bardzo dobrze. Jestem germanistką z doświadczeniem w branży IT. Przeniosłam moje zawodowe doświadczenia do Berlina, pracowałam w korporacji, w startupie, pracowałam w dwóch różnych firmach w Niemczech i w Polsce, a w końcu założyłam własną działalność.
To muszę Cię zapytać w takim razie, skoro odniosłaś sukces, to dlaczego stąd wyjechałaś?
Jest taka teoria, że po 5 latach mieszkania w Berlinie ludzie zaczynają się zastanawiać, czy to na pewno jest to miejsce, w którym chce się żyć, mieszkać i dalej układać życie. Na początku tłumaczyłam sobie, że dużo rzeczy mnie tu trzyma, że muszę, że trzeba. Był też we mnie ogrom wstydu, że przyjechałam do Berlina i nagle chcę wyjeżdżać. Ale zmieniło się to po krótkim pobycie w Hiszpanii na wymianę dla przedsiębiorczyń. Zrozumiałam wówczas, że są różne style życia. Że nie trzeba podążać za sukcesem tak jak w Berlinie, że można też wybrać hiszpański styl, gdzie jest maniana, plaża, spontaniczne spotkania i wieczorne rozmowy z przyjaciółmi. I wtedy właśnie po 6 latach, że zdecydowałam się wrócić do Polski.
Czyli berlińskie tempo życia zmęczyło Cię?
Mam taką naturę, że kiedy ktoś mi powie: biegniemy, to biegnę maraton. Zauważyłam jednak, że mój organizm tego nie polubił, byłam zmęczona, nie mogłam się skoncentrować, nie byłam już taka produktywna w pracy z klientami. Zatraciłam się w pracy. Tymczasem okazało się, że nie muszę, że mogę dopasować pracę do swojego stylu życia. Zrozumiałam, że to, co w Berlinie mi się podobało, co miało na mnie duży wpływ, zarówno ludzie, jak i miejsca, nie musi być moją codziennością.
Kiedy przyjeżdżałam z Berlina do domu rodzinnego, wylewały się emocje i pojawiał się smutek. Będąc ciągle w rozjazdach, zapomniałam, czym jest dom. Będąc z bliskimi w Polsce poczułam, że nie zastąpią tego żadne kawiarnie i rozrywki, że lubię być blisko natury, zjeść krupnik u babci, wspólnie świętować. Odległość zaczęła być dla mnie problemem.

Wróciłaś do rodzinnego Barlinka. Mówisz, że w Polsce wszystko przychodzi Ci z łatwością. Jak dziś patrzysz na życie w Berlinie?
Będąc Polką na emigracji, żyłam na 150 procent. Chciałam żyć po niemiecku. Nie chciałam przywilejów, zasiłków. Chciałam mieć swoją firmę, odnieść sukces, biegle posługiwać się językiem.
W Polsce zeszło ze mnie ciśnienie perfekcjonizmu, jakie miałam tutaj. Zrozumiałam, że bez względy na to, czy bym miała niemiecki paszport czy bym go nie miała, to zawsze będę dziewczyną z Polski, zawsze będę na emigracji. A Polsce wszystko przychodzi mi z ogromną łatwością, jakbym już się nasyciła i mogła nareszcie korzystać z tego, czego się nauczyłam.
Jak udało Ci się zamknąć berliński rozdział, dopełnić formalności związane z wyjazdem itp?
Nie jestem dobrym wzorem do naśladowania, ale mogę powiedzieć, czego nie robić. Zaczęłam się „wymeldowywać” dopiero 3 miesiące przed wyjazdem. To mało czasu jak na niemiecką biurokrację. Trzeba przecież wypowiedzieć umowę wynajmu mieszkania, ubezpieczenie, poinformować wszystkie urzędy plus cała papierologia. To długo trwa. potem jeszcze pół roku przychodzą różne pisma, trzeba się na to nastawić.
Warto było wrócić?
Teraz po roku tak naprawdę czuję, po co to było. Szukałam siebie i znalazłam. Działam po swojemu i wiem, że każdy jest odpowiedzialny za siebie, ale też ma taką sprawczość, że może zmienić zdanie, może mieć swój punkt widzenia i nie zawsze on będzie zgodny z innymi. Barlinek jest przystankiem w moim życiu, a dokąd zawitam później, nie mam zielonego pojęcia. Chcę poznawać świat, podróżować kamcperem, jestem otwarta na wszelkie wszelkie możliwości.
Dziękuję za rozmowę
Kolejne odcinki podcastów „Powroty z Niemiec”, w których przedstawiamy prawdziwe historie Polaków decydujących się na powrót z emigracji do Polski, znajdziesz na stronie cosmopopolsku.de i w ulubionej aplikacji streamingowej. Słuchaj i podziel się z nami wrażeniami.

