Siedząc sobie z kawą, obserwując Berlińczyków ślizgających się na zamarzniętym kanale, grzejąc twarz w styczniowym słońcu i planując rodzinną wyprawę, usłyszałam (zupełnie przypadkiem, I swear!) rozmowę dwóch Amerykanek o tym, jak to bardzo obie love winter, love Berlin, love this coffee place! I o tej ich miłości wyrażanej co rusz i co więcej – dość głośno – zrobiło mi się trochę dziwnie.
Bo rzeczywiście znam ludzi, którzy dla swojego hobby potrafią zerwać się o nieludzkiej porze. Wstać przed świtem (nie tylko zimą), wciągnąć na zmarznięte stopy kalesony-leginsy, pobiec w dal wcale nie na kawę, tym bardziej nie do pracy – zupełnie bez sensu choć ponoć dla przyjemności – po prostu iść pobiegać. Dla mnie nawet gramatycznie nie ma to sensu. Oni jednak powtarzają: kocham biegać.
Znam i takich, co dla kawałka starego żelastwa, ukrytego gdzieś na dnie zakurzonego antykwariatu, gotowi są przejechać pół kontynentu. Godzinami potrafią czyścić mosiężne klamki, polerować matowe blaty i z namaszczeniem opowiadać o historii przedmiotu, który dla postronnego obserwatora jest po prostu rupieciem. Oni jednak, gładząc zimne drewno, szepczą z autentycznym zachwytem: kocham starocie.
Znam też takich, którzy serce oddali istotom merdającym ogonem lub mruczącym na kolanach. Dla nich miłość to spacer w zacinającym deszczu o szóstej rano, to wiecznie zakłaczone swetry i rezygnacja z wakacji, bo przecież „Puszek źle znosi rozłąkę”. Potrafią z czułością, której nie powstydziłby się żaden poeta, przemawiać do mokrego nosa, wyznając mu dozgonną wierność między jednym podaniem smaczka a drugim. I nikt ich nie ocenia, gdy wpatrzeni w mądre, psie oczy, mówią z pełnym przekonaniem: kocham tego mojego wariata najmocniej na świecie.
Słowo „kocham” odmieniamy dziś przez wszystkie przypadki, doklejamy je do nowych butów, do smaku wegańskiego ramenu i do kolejnego odcinka serialu na Netflixie. Rzucamy nim na prawo i lewo, przekrzykując ukochane miasto w ukochanej knajpie, znad ukochanej kawy. Dlaczego więc, gdy przychodzi do stanięcia twarzą w twarz z drugim człowiekiem, to samo słowo nagle pęcznieje w gardle? Dlaczego trudniej nam je wypowiedzieć do kogoś, kto dzieli z nami codzienność, niż wykrzyczeć je w zachwycie nad zimowym krajobrazem?
Słysząc amerykańskie wyznania miłości, które dziewczyny przy stoliku obok kierowały do kubka z ciepłym napojem, pomyślałam sobie, że może ten niewiele mający do zaoferowania luty staje przed nami nie po to, by wciskać nam kiczowate kartki z amorkiem, ale zwyczajnie przypomnieć o drugim człowieku? O tym, który siedzi obok na kanapie, który odbiera telefon, gdy mamy gorszy dzień, albo o tym, do którego od miesiąca planujemy napisać „co u Ciebie?”.
Więc kochani! Zanim luty pryśnie, zanim zima odejdzie na zawsze i zawita u nas kraina zielonej trawki, wielkanocnych koszyczków, zanim znowu damy się porwać rutynie, zanim powiemy po raz pierwszy: niech się ten luty już kończy, wykrzyczmy wszyscy w zachwycie: Hallo! Tu luty! Podkuj buty i idź powiedz komuś, że go kochasz!
Anna Burek

