Monika Sędzierska: Jesteśmy na Pana oddziale w szpitalu w berlińskiej dzielnicy Friedrichshain. To tutaj na co dzień przyjmuje Pan pacjentów?
Dr Tomasz Skajster: Tak, jesteśmy na oddziale chirurgicznym i tak się złożyło, że tutaj przyjmuje na co dzień także polskich bezdomnych pacjentów.
Czyli wejdziemy teraz pod trzynastkę?
Tak, odwiedzimy naszych pacjentów. Jeden z nich tylko w tym roku był w naszym szpitalu aż 41 razy, a w sumie kilkaset. Od wielu miesięcy nie jesteśmy w stanie uzyskać dla niego pomocy w miejscu jego zamieszkania w kraju. Wszyscy mu jej odmawiają. Nawet samorządowe kolegium odwoławcze pod pretekstem braku należytego umocowania w pełnomocnictwa odrzuciło wszystkie wnioski, które chory składał za naszym pośrednictwem.
Monika Sędzierska: Czepek, fartuch, rękawiczki, maska, pełne uzbrojenie. To wszystko na siebie zakładamy, wchodząc do pokoju
Lekarz do pacjenta: Dzień dobry panu, jak się pan miewa?
Pacjent, Polak, bezdomny mówi niewyraźnie: Dziękuję za zainteresowanie. Miewam się dobrze.
Czy chciałby pan pozdrowić rodzinę w Polsce?
Tak, bardzo, nie widziałem jej kawał czasu.
Mówił Pan, że Polska ochrona zdrowia nie jest w stanie pomóc Panu, tak?
Nie na tyle, na ile bym oczekiwał, a nie oczekuję wiele, tylko minimum.
Dziękujemy panu, życzymy zdrowia.
Doktor Tomasz Skajster: Polscy urzędnicy są informowani o stanie chorego, są informowani o tym, że oni umrą. Pomimo tego uważają, że za osobą bezdomną nikt nie stanie, nikt się nie upomni jej prawa i niestety najczęściej mają rację, bo bezkarność rozzuchwala. Czeka się, żeby ci ludzie umarli sami, odeszli siłami natury. Jest to robione przy pełnej świadomości.
Monika Sędzierska: W Berlinie mamy prawdopodobnie największą populację bezdomnych Polaków na ulicach na świecie.
Tomasz Skajster: Szacunki mówią, że od 5 do 8 tys. osób z Polski żyje tu na ulicy.
Na neurochirurgii leczeni są pacjenci z najcięższymi urazami, sparaliżowani, z urazami głowy, operowani, nieprzytomni.
Polscy lekarze siłą rzeczy angażują się w pomoc tym osobom. Ja, jako neurochirurg, ale też dr Pacholski, dr Stawicki, koleżanka z chirurgii plastycznej Sara i inne osoby z innych dyscyplin medycyny pomagają, na ile mogą i na ile pozwala im na to sytuacja zawodowa.
Kim są ci ludzie?
Z naszych badań wynika, że większość tych osób, jeśli nie prawie wszystkie, jest niepełnosprawna, często uzależniona, a uzależnienie maskuje różne problemy psychiatryczne i zaburzenia osobowości. Te osoby również na trzeźwo, kiedy są po ostrej fazie uzależnienia, nie są w stanie samodzielnie egzystować. Wymagają dalszego leczenia, rekonwalescencji, rehabilitacji, również rehabilitacji społecznej w kraju, bo nie znają języka. Za granicą są skazane na śmierć siłami natury, jeżeli nie uzyskają pomocy.
My, jako lekarze, niejako zostaliśmy postawieni w konieczności pomocy osobom bezdomnym, nie tylko z Polski. Mamy tu Węgrów, mamy Rumunów, całkiem sporą populację z krajów bałtyckich, ale co drugi bezdomny człowiek na ulicach Berlina jest Polakiem. To pierwsza rzecz, która zwraca uwagę po przyjechaniu do tego miasta.
Kiedy Pan miał ostatnio kontakt z osobą dotkniętą kryzysem bezdomności ,z Polakiem?
Dzisiaj. Codziennie od 3 do 8 takich osób korzysta z pomocy jednego naszego szpitala. Pomagamy większej liczbie bezdomnych osób rocznie niż wszystkie szpitale warszawskie łącznie.
Dlaczego trafiają oni właśnie tutaj, do kliniki na Fridrichshainie?
Bo szpital położony jest w centrum miasta, nieopodal dworca i kilku innych miejsc, gdzie bezdomni Polacy lubią się gromadzić. To jest Alexanderplatz, Ostbahnhof, 3 duże noclegownie, ale osoby bezdomne leczą się także w innych dzielnicach i trafiają do innych szpitali.

Czy są oni przywożeni karetką na SOR do kliniki?
Zazwyczaj są przywożeni jako osoby nieprzytomne. Trafiają również z innymi problemami. Niektórzy mają zaawansowane problemy, na przykład demencję. Nie są w stanie odpowiadać na pytania. Są przywożone jako osoby bezradne, trafiają do szpitalnego oddziału ratunkowego i staramy się im udzielić pomocy.
Niestety, pomimo naszych starań i wielkich wysiłków polskiego konsulatu, za które bardzo serdecznie dziękujemy, mamy opór po stronie polskiej. Nikt nie poczuwa się do tego. Odnoszę wręcz wrażenie, że wszyscy są zadowoleni z tego, że problemu się pozbyli i nie muszą się tymi ludźmi zajmować.
Spotykamy się tutaj po roku. Czy od naszego ostatniego wywiadu coś zmieniło się na lepsze?
Niestety nie. Jedyną jaskółką, która wiosny nie czyni, jest stanowisko w charakterze wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich, profesora Marcina Wiącka do premiera Tuska z zapytaniem i konkretnymi propozycjami.
Zmieniło się, choć na gorsze to, że wszystkie urzędy w Polsce odpowiadają odmownie na próbę uzyskania świadczeń zdrowotnych przez osoby w kryzysie bezdomności, które pozbawione tej opieki umierają.
Niestety rzecznik praw obywatelskich nie jest instytucją właściwą, żeby poruszyć ten temat indywidualnie, a bezkarność rozzuchwala. Polscy urzędnicy z ośrodków pomocy społecznej miejskich, gminnych, wiejskich odpowiadają odmownie. Nie chcą zajmować się tymi tematami. Są to konkretne osoby znane nam z imienia i nazwiska. Składamy zażalenia do samorządowych kolegiów odwoławczych. Poza dwoma wszystkie zostały załatwione odmownie pod różnymi pretekstami proceduralnymi, np braku właściwego podpisu osoby bezdomnej. Różne preteksty są znajdowane po to, żeby osobom bezdomnym nie pomóc.
Czyli póki ratujecie im życie, to mogą zostać w klinice, ale później trafiają z powrotem na ulicę?
Po pobycie na oddziale neurochirurgicznym rehabilitacji wymagają wszyscy. Większość wymaga dalszej diagnostyki psychiatrycznej pod kątem zaburzeń pamięci, zaburzeń świadomości, pod kątem innych chorób psychiatrycznych i zaburzeń osobowości. Osoby te nie są w stanie wyjść samodzielnie z kryzysu bezdomności, jeśli takiej pomocy nie uzyskają, a nie uzyskują jej dlatego, ponieważ bezduszni urzędnicy jej notorycznie odmawiają.
Nie tylko bezdomny, każdy nieprzytomny polski obywatel Polski powinien móc uzyskać pomoc konsulatu, która umożliwi mu sprawny powrót do kraju.
Jeśli osoba jest nieprzytomna, to potrzebne są pewne automatyzmy prawne, które zostały zasugerowane przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Dużym ułatwieniem byłoby, gdyby decyzję o objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym podejmował nie tylko wójt, burmistrz czy prezydent miejsca zamieszkania, tylko np. władze konsularne.
Jak często zdarza się, że tacy pacjenci odchodzą?
Wszyscy z nich, jeśli nie uzyskają pomocy, umrą. Umierają, zamarzają zazwyczaj zimą albo umierają na zapalenie płuc, gdzieś w różnych warunkach. Umierają siłami natury z wyziębienia i z zamarznięcia.
Co się z nimi potem dzieje?
Jeżeli znamy tożsamość takiej osoby i wiemy, z jakiego kraju pochodzi, to istnieje szansa, że zwłoki zostaną przetransportowane do kraju na koszt konsulatu. Niekiedy udaje nam się skontaktować z rodziną i wtedy rodzina jest w stanie pokryć takie koszty. Jednak większość tych osób jest chowanych w bezimiennych mogiłach na koszt państwa niemieckiego.
Bardzo bolesnym przypadkiem w zeszłym roku był przypadek polskiego bezdomnego, który nocował w kontenerze na papier i który po przejechaniu śmieciarki został zmiażdżony. Tak wyglądają realia. Od kilkudziesięciu do kilkuset osób rocznie ginie na ulicach, ponieważ nie jest w stanie uzyskać adekwatnej pomocy.
Dziękuję za rozmowę.
Więcej rozmów, audycji i podcastów także dotyczących sytuacji polskich bezdomnych w Berlinie znajdziesz na cosmopopolsku.de

